Od 10 lat pod Martwą Wisłą. Zobacz, jak Tunel pracuje dla Gdańska



Od 10 lat pod Martwą Wisłą. Zobacz, jak Tunel pracuje dla Gdańska

Ma 1377 metrów długości, oddycha potężną wentylacją, a jego serce bije w rytmie 32 tysięcy pojazdów na dobę. Tunel pod Martwą Wisłą to nie jest zwykła rura z betonu i stali. Dla ludzi, którzy pracują przy jego obsłudze dni i noce to wymagający, czasem kapryśny, ale bliski przyjaciel, o którego trzeba dbać bez przerwy. „On nie wybacza błędów, ale daje satysfakcję, jakiej nie ma nigdzie indziej” – mówią operatorzy.

Wchodzi się do niego jak do wnętrza obcego organizmu. Trzy piętra schodami w dół od poziomu jezdni, a pod samym dnem rzeki – aż siedem. Tutaj, pod ziemią, huczą gigantyczne wentylatory, a szum przejeżdżających ciężarówek przypomina dudniący, miarowy oddech. Gdy tunel "choruje" – ma awarię, zator albo dostanie się do niego nieproszony gość – całe miasto natychmiast dostaje gorączki. Gdańsk po prostu staje w korkach.

„Nie wyobrażam sobie Gdańska bez tunelu. Kiedy pojawia się zatrzymanie ruchu czy zdarzenie i tunel jest sparaliżowany, natychmiast urywają się telefony od mieszkańców. Wtedy widać wyraźnie, jak bardzo całe miasto jest od niego uzależnione” – przyznaje Rafał Dylewski, kierownik Działu Tunelu Drogowego i Obsługi Obiektów Zwodzonych w GZD, który z tunelem związany jest od czasów budowy, gdy obiekt dopiero powstawał pod dnem rzeki.

 

To był wizjonerski projekt prezydenta Pawła Adamowicza -  mówi Ryszard Trykosko, prezes Gdańskich Inwestycji Komunalnych w latach 2010-2016, który nadzorował budowę m.in. Tunelu pod Martwą Wisłą, Trasy Sucharskiego, Trasy Słowackiego. - W planach prezydenta ta inwestycja była kluczowa, bo miała zmienić całą infrastrukturę drogową i komunikację do portu. Trzeba było zwolnić Śródmieście od katastrofalnej sytuacji związanej z ruchem do portu, a jedynym sposobem była budowa tunelu wraz z Trasą Sucharskiego i Mostem Wantowym. 

Sól, wilgoć i wyzwania techniczne

Operatorzy traktują ten obiekt z wyjątkowym szacunkiem. Zbiór ponad trzydziestu systemów technicznych, tysiąca czujników i kamer to dla nich żywy twór, który wymaga stałej opieki. Sól morska, wilgoć i agresywne środowisko próbują go podgryzać od środka – niszczą hydranty, trawią korozją stalowe elementy i zamki w drzwiach ewakuacyjnych. Ludzie czuwają jednak, by nic mu nie zaszkodziło. Co roku wykonują przy nim blisko trzy tysiące czynności serwisowych, niczym lekarze doglądający pacjenta.

„Pracujemy w dziesięciu dyspozytorów, tworzymy tu w zasadzie rodzinę. Przez te wszystkie lata nauczyliśmy się go na pamięć. Nie ma tutaj miejsca na monotonię czy picie kawy. On cały czas od nas czegoś wymaga, a my po prostu lubimy tę pracę i czujemy, że robimy coś niezwykle potrzebnego” – mówi z uśmiechem Rafał Dylewski.

 

Ta relacja opiera się na nieustannej ochronie – nie tylko tunelu przed ludźmi, ale i ludzi przed siłą samego tunelu. Gdy ciężarówka wjeżdża do środka, tłoczy powietrze niczym wielki tłok w strzykawce. Podmuch wiatru potrafi zwalić z nóg, a brak zasięgu komórkowego sprawia, że zgubiony wewnątrz człowiek staje się całkowicie bezradny. Operatorzy natychmiast reagują na każdy niepokojący sygnał – włączają komunikaty głosowe, zamykają pasy, a gdy trzeba – sami ruszają na ratunek.

„Kierowcy często nie rozumieją, dlaczego zamykamy pas albo tunel. Mówią: " a, świeci się czerwone, ale ja jeszcze przejadę". Nie wiedzą, że w środku na jezdni pracują ludzie albo leży przeszkoda. W środku jest mrocznie i głośno. Bezpiecznie jest tylko wtedy, gdy wszyscy przestrzegają zasad. My na monitorach widzimy wszystko i chronimy kierowców, często przed nimi samymi” – tłumaczy operator Aleksander Skonka.

 

Tunelem na piwo i sesja zdjęciowa na środku jezdni

Czasem w tej podziemnej przestrzeni dochodzi do sytuacji wręcz kuriozalnych, gdzie strach miesza się z ludzkim roztargnieniem. Nie brakuje przechodniów, którzy pod wpływem alkoholu próbują skrócić sobie drogę „na piwo do sąsiada”, czy kierowców zatrzymujących się na środku jezdni, by zrobić zdjęcie auta do ogłoszenia o sprzedaży. W takich momentach system dźwiękowego ostrzegania potrafi zadziałać jak płachta na byka – zdezorientowany pieszy zaczyna biegać między przejściami ewakuacyjnymi, a dyspozytorzy muszą z chirurgiczną precyzją wyłapać go w gąszczu kamer, nim stanie się tragedia.

Z biegiem lat relacja między zespołem a obiektem stała się czymś w rodzaju cichego partnerstwa. Zmysły operatorów są wyczulone na każdy fałszywy ton – od nietypowego pisku opon po najmniejszy dym. Znają każdy z 1377 metrów tej podwodnej przeprawy, każdą wnękę ewakuacyjną i każdą tablicę zmiennej treści. Wiedzą też, że ten gigant nie lubi być lekceważony przez pędzących kierowców czy roztargnionych pieszych.

„To jest niewidoczna praca przy jednym z najważniejszych elementów Gdańska. Ludzie przejeżdżają tędy w kilkadziesiąt sekund i jadą dalej. Ale gdyby nas tu nie było, gdybyśmy nie czuwali nad nim 24 godziny na dobę, ten tunel po prostu nie mógłby bezpiecznie funkcjonować” – podsumowują operatorzy, wracając do swoich pulpitów i dziesiątek ekranów, które nigdy nie gasną.