• Start
  • Wiadomości
  • Zachować pamięć o ludziach i miejscu. Fotograficzny portret Oruni

Zachować pamięć o ludziach i miejscu. Fotograficzny portret Oruni

„Obecność miejsca: Orunia. Między wspomnieniem a przyszłością” to tytuł eseju fotograficznego realizowanego od kilku miesięcy przez Wojciecha Szulc-Cholnickiego w ramach Stypendium Marszałka Województwa Pomorskiego dla twórców kultury na rok 2026. Jest to próba spojrzenia na dzielnicę przez pryzmat mieszkańców oraz zachowania pamięci o ludziach i miejscu podlegającym intensywnym procesom modernizacyjnym i społecznym. Poznajcie kilkoro z kilkudziesięciu bohaterów foto-eseju.
17.09.2026
Więcej artykułów poświęconych Gdańskowi znajdziesz na stronie głównej gdansk.pl
czarno-białe zdjęcie ulicy miasta z chłopcem idącym.
Oruńska ulica
Fot. Wojciech Szulc-Cholnicki

Zatrzymać czas na fotografii

Przyjechał przed wielu laty do Gdańska z Pasłęka, jak sam mówi - małego mazurskiego miasteczka. Dziś mieszka w Kowalach, ale na spacery po Oruni zapuszczał się już przed 40-45 laty.

- Pamiętam tę ruinę, mam tamte obrazki w głowie – mówi Wojciech Szulc-Cholnicki i dodaje, że dla fotografa ta dzielnica jest bardzo ciekawa wizualnie. Oddalona ledwie 4 km od turystycznego centrum miasta, pozostaje dzielnicą o silnej tożsamości i wciąż jest obarczona negatywnymi stereotypami. Tymczasem zachodzą tu szybko zmiany infrastrukturalne i społeczne.

- Orunia bardzo mocno się zmienia i to jest taki trochę ostatni dzwonek na rejestrację pewnych sytuacji albo pewnej historii. W ciągu 10-20 lat najprawdopodobniej kompletnie to będzie zupełnie inne miejsce – tłumaczy, dlaczego postanowił stworzyć fotograficzny portret dzielnicy, spojrzeć na nią oczami mieszkańców, często nie do końca świadomych zachodzących zmian.

Nie ogranicza się więc tylko do ich portretowania, lecz nagrywa i spisuje opowieści. Dzielnica zamieszkała jest w dużej mierze przez starszych mieszkańców, którzy pamiętają ją od lat 40. XX wieku. W większości to ludność napływowa, ale są też rdzenni Gdańszczanie i Kaszubi. Siłą rzeczy są to wiec często skomplikowane historie i życiorysy. Jego fotograficzny esej za pewien czas może być cennym dokumentem minionego czasu.

- Moja opowieść o Oruni to z jednej strony zerwanie ze stereotypem „dzielnicy latających noży”, która od co najmniej 15-20 lat zupełnie tak nie funkcjonuje, a z drugiej pokazanie mikro społeczności. Na takiej ulicy Sandomierskiej czy Żuławskiej większość ludzi się zna, to są dwu-trzy pokoleniowe rodziny i oni się znają od zawsze. A w dużych miastach nie jest to takie oczywiste, szczególnie na blokowiskach. Ja też mieszkałem przez jakiś czas w Warszawie i zdaję sobie sprawę, jak mocno pozamykane są dzisiaj te społeczności, każdy się chroni i bardzo dba o tę swoją prywatność rzekomą. A tu ludzie są bardzo otwarci z racji tego, że tworzą swoją mikro społeczność – opowiada fotograf.

Projekt wystartował późną wiosną br. Nie będąc Oruniakiem musiał wydeptać ścieżki, zanim otworzyły się przed nim drzwi bohaterów, zanim trafiali kolejni z polecenia. Ale niektóre, ciekawe z wyglądu osoby po prostu zagaduje sam na ulicy. Większość po wytłumaczeniu celu projektu zgadza się wziąć w nim udział. Nowych bohaterów wciąż wypatruje, więc jeżeli po przeczytaniu tego artykułu ktoś z Oruni chciałby podzielić się swoim wizerunkiem i historią, jest przez fotografa mile widziany. Bo projekt jest rozwojowy i nie zakończy się wraz z rozliczeniem stypendium.

Fotograf, który wszedł na szczyt. Stefana Kraszewskiego miłość odwzajemniona

- Może za jakiś czas uda się z tego zrobić szerszy materiał niż na Instagrama czy wystawę, bardziej pod kątem poczytania. Bo jest wiele niesamowitych historii, tak jak i spektrum bohaterów. Są profesorowie, ostatni gołębiarze, utalentowani sportowcy. Te zróżnicowanie społeczne jest nieprawdopodobne – dodaje Wojtek Szulc i zaprasza do poznania kilkoro ze swoich bohaterów.

Portret kobiety na krześle na scenie teatru.
Laura Haras
Fot. Wojciech Szulc-Cholnicki

Portret 027. Laura Haras

"Miejsce może mieć potencjał, ale to ludzie muszą go uruchomić"
Laura ma w sobie coś, co trudno przeoczyć. Energię, która nie pozwala stać z boku. Absolwentka Akademii Muzycznej w Gdańsku. Aktorka, śpiewaczka, artystka, animatorka kultury. Przez sześć lat kierowała Teatrem Gdańskiego Archipelagu Kultury, instytucją z którą cały czas jest związana. Pracuje z młodymi, prowadzi działania artystyczne, współtworzy spektakle. W jej świecie teatr spotyka się z muzyką, słowem i drugim człowiekiem.
Jest jedną z tych osób, które nie tylko opowiadają o kulturze. Ona ma ją w swoim DNA.

Laura jest Sopocianką. Jako dziecko, razem z rodzicami, również artystami, została sfotografowana przez legendarną Zofię Rydet: artystkę, która przez lata dokumentowała ludzi i ich codzienność.
Dziś sama staje się bohaterką fotograficznego projektu o obecności miejsca.
Kiedy pytam ją, czym jest dla niej Orunia, nie odpowiada wspomnieniem.
„Orunia jest miejscem, które mnie totalnie zaskoczyło.”
A chwilę później pojawia się słowo, które dobrze pasuje również do niej samej:
Potencjał.
Bo Laura widzi w Oruni miejsce, które jeszcze może wiele z siebie dać i wiele pokazać. Ale dostrzega też coś jeszcze:
„Mam nadzieję, że rozwój Oruni będzie się wiązał z tym, że nie zagubi się gdzieś jej absolutnie totalnie niepowtarzalny klimat wyjątkowości.”
To zdanie zatrzymuje.
Bo Orunia jest miejscem pełnym kontrastów. Jest historią i przyszłością. Starymi domami i nowymi inwestycjami. Pamięcią i energią ludzi, którzy chcą coś tutaj zrobić.
Jest w tym coś cudownie rozczulającego: to że Laura, która sama nie jest Orunianką z urodzenia, dostrzegła w tym miejscu właśnie ten detal: jego wyjątkowość i nie chce żeby po drodze zagubiło się to, co sprawia że Orunia jest właśnie Orunią
Nie historię zamkniętą w przeszłości.
Nie tylko potencjał przyszłości.
Ale coś pomiędzy: ten trudny do nazwania klimat, ten x faktor, który sprawia, że miejsce staje się czymś więcej niż adresem.

Portret mężczyzny mechanika pod samochodem w kanale.
Jan Kruszyński-Bruchmann
Fot. Wojciech Szulc-Cholnicki

Portret 030. Jan Kruszyński-Bruchmann

„Ja jestem rodowity Oruniak.”
Urodził się 30 października 1962 roku. Na Oruni spędził pierwsze dziewięć lat życia. Ale tak naprawdę nigdy jej nie opuścił.
Jego Orunia to Raduńska, ogródki, jabłonie, bez, czysta rzeka, gołębie i podwórka pełne ludzi. To starsze kobiety częstujące dzieci landrynkami i papierówkami. To dom, w którym mieszkało kilka rodzin.
W 1971 roku dom przy ul. Raduńskiej 7 zburzono. Powstała kotłownia. Ale Jan pamięta. Nie tylko miejsca. Przede wszystkim ludzi. Nazwiska, przezwiska, rodziny i kolegów.
„Naliczyłbym setkę osób stąd, które już pochowano. Takich, których znałem od pieluch.”
W jego rodzinie spotykają się różne historie i języki. Kaszubski, niemiecki, polski. Dziadek mówił po niemiecku i kaszubsku, ojciec przed wojną chodził do niemieckiej szkoły.
Kiedy pytam, kim się czuje, odpowiada bez wahania: „Wolnym gdańszczaninem!”
Mówi, że kocha Gdańsk. Ogląda przedwojenne filmy, wypatruje dawnych napisów na budynkach i patrzy na miasto tak, jakby każda zachowana cegła była kawałkiem jego własnej historii.
A potem jest muzyka.
Czerwone Gitary usłyszał po raz pierwszy, gdy był pierwszoklasistą w SP nr 9 na ulicy Raduńskiej, potem był Chuck Berry, Elvis i Beatlesi. Aż kolega zamiast kasety Beatlesów pożyczył mu Sex Pistols.
„I wtedy mnie to tak zafascynowało.”
Siedem lat nie zdejmował glanów. Ćwieki, kolorowe włosy, koncerty. Dead Kennedys, The Exploited. W 1983 roku, podczas koncertu UK Subs w Hali Olivii został zatrzymany i brutalnie pobity przez ZOMO.
Za co?
„Za irokeza i ćwieki".
Dziś nadal słucha tej muzyki. Punk nie był dla niego chwilą ani modą. Był jego wolnością.
Obecnie patrzy na Orunię z niepokojem.
„Boli mnie, że te domy stare burzą.”
Bo razem z budynkami znikają podwórka, historie i ludzie.
Ale Jan pamięta. Nazwiska. Twarze. Domy. Orunię sprzed lat.

Rodowity Oruniak. Wolny Gdańszczanin.

Portret mężczyzny w gołębniku.
Zbigniew Borkowski
Fot. Wojciech Szulc-Cholnicki

Portret 023. Zbigniew Borkowski

Pan Zbigniew urodził się na Oruni w 1952 roku. Jego pierwszym domem była ulica Boczna. Nie mieszkał w nim jednak długo - rodzinny dom został im odebrany, ponieważ uznano, że był własnością niemiecką. Pan Zbigniew do dziś pamięta, że dokumenty dotyczące domu znajdują się u jego kuzynki w Dortmundzie.
Rodzina dostała mieszkanie przy ulicy Lublańskiej, gdzie spędził kolejne dwadzieścia lat. Po szkole zawodowej został mechanikiem i w 1969 roku rozpoczął pracę w Stoczni Remontowej.
Jego życie nie zawsze było jednak związane wyłącznie z Orunią. Przez kilka lat mieszkał i pracował w Niemczech. Ostatecznie wrócił do Polski - między innymi dlatego, że ojciec powiedział mu: „Wracaj z powrotem do Polski. Nie wiadomo, co będzie dalej. Jak nas wyrzucą, nie będziemy mieli gdzie wracać.”
Wrócił. I już został.
Dziś pan Zbigniew jest emerytowanym pracownikiem Stoczni Remontowej. Dużo czasu spędza przy swoich gołębiach. Hoduje je od dziecka i mówi o nich z czułością:
„To są jedyni przyjaciele, którzy po prostu nie zdradzą człowieka.”
Kiedy pytam go, czym jest dla niego Orunia, odpowiada:
„Tu się urodziłem, tu mieszkam i tu chyba umrę.”
Po chwili dodając:
„Moim życiem. Całym moim życiem.”
Jestem mu wdzięczny za sposób, w jaki mnie przyjął. Pan Zbigniew jest kolejnym mieszkańcem Oruni, który obcego przecież faceta wpuścił do swojego świata z otwartością, serdecznością i zaufaniem. Zgodził się też zostać częścią tego projektu, choć kiedy tłumaczyłem mu, że efekty naszej pracy będzie można zobaczyć na Instagramie, brzmiało to dla niego jak opowieść z innego świata.
Tak więc Pan Zbigniew na Oruni się urodził, wychował, ożenił i założył rodzinę. Tutaj przeżył dzieciństwo, pierwszą pracę, wyjazd i powrót. Tutaj ma wspomnienia, znajomych i swoich kolegów gołębiarzy.

W sierpniu 1980 zrobił ikoniczne zdjęcie Lechowi Wałęsie. "Przepchnąłem się do niego łokciami"

Autoportret fotografa z aparatem.
Autoportret
Fot. Wojciech Szulc-Cholnicki

Autoportret. Wojciech Szulc-Cholnicki

Fotograf. Urodzony w 1972 roku w Pasłęku. W latach 1997-2012 pracował dla agencji fotograficznej EK Pictures, a jego prace publikowane były m.in. w takich mediach, jak The Guardian, Die Zeit, Hollywood Reporter, Premiere oraz w polskiej prasie, głównie w miesięczniku Film.

Jego twórczość koncentruje się na dokumentowaniu codziennego życia i krajobrazów Warmii i Mazur. Wystawa zatytułowana „IM Gegenlicht” („Pod światło”) prezentowała czarno-białe fotografie okazujące współczesne oblicze tych regionów, łącząc elementy przeszłości z teraźniejszością. Wystawa była prezentowana m.in. w Düsseldorfie, Muzeum Ziemi Piskiej w Piszu oraz podczas VII edycji Wojnowskiego Festiwalu Fotograficznego.

Jest autorem zdjęć do projektu multimedialnego Gerharthauptman-Haus w Düsseldorfie „Ermland und Masuren” wirtualnej podróży przez Warmię i Mazury, obejmującej zdjęcia z lat 1995-2015 oraz 2022.

Opisy bohaterów są autorstwa bohatera naszego materiału. Cały projekt można zobaczyć na Instagramie na profilu @orunia.obecnoscmiejsca.

TV

Spotkanie prezydent z mieszkańcami Oruni