Anomalie, czyli jak steruje się tłumem
Analitycy internetu takie sytuacje nazywają „anomaliami”. Gdy dany portal publikuje post na Facebooku, pojawia się pod nim zwykle od kilkunastu do maksymalnie dwustu komentarzy. Jednak pod niektórymi artykułami liczba ta nagle skacze do poziomu tysiąca, dwóch, a nawet dziesiątek tysięcy. Towarzyszy temu nieproporcjonalnie duża fala hejtu, często podanego w bardzo ordynarny sposób.
Lista tematów, które generują takie „zainteresowanie”, jest ekspertom dobrze znana: wojna w Ukrainie, rzekome uprzywilejowanie ukraińskich uchodźców w Europie, szczepienia przeciwko groźnym chorobom czy funkcjonowanie Unii Europejskiej. Przedłużający się wpływ wojny na nasze codzienne życie sprawia, że głównym celem ataków w polskim internecie stali się właśnie Ukraińcy.
– Wyraźnie widać próby wzbudzenia nienawiści – mówi Michał Fedorowicz, przewodniczący Europejskiego Kolektywu Analitycznego Res Futura. – Mechanizm opiera się na fałszywych pogłoskach: że mają w Polsce nieuzasadnione przywileje, że rozbijają się drogimi samochodami, że wojna trwa przez nich, bo rzekomo nie chcą pokoju, czy wreszcie, że dopuszczają się prowokacji, by zrzucić odpowiedzialność na Rosjan. Takie działania obserwujemy obecnie w większości państw europejskich.
W mediach społecznościowych trudno dziś znaleźć rzetelny obraz Ukraińców w Polsce. Tymczasem, choć żyją między nami, wciąż tęsknią za utraconymi domami, z których musieli uciekać przed zbrodniczą agresją Rosji. W ogromnej większości są sąsiadami wdzięcznymi za schronienie, chętnie uczą się polskiego, pracują legalnie i nie boją się żadnych wyzwań zawodowych. Bez ich obecności nasza gospodarka dotkliwie odczułaby brak rąk do pracy. Ich zasługą jest już około 10 proc. polskiego PKB.
Cel: miasto Gdańsk
Ostatnio „anomalia” pojawiła się na naszym portalu, pod materiałami dotyczącymi 4. rocznicy rosyjskiej inwazji. Nawet sama zapowiedź uroczystości pod hasłem „Polacy i Ukraińcy razem” błyskawicznie zaktywizowała trolling. W odpowiedzi sypnęły się setki wulgarnych wpisów, które zespół redakcyjny musiał systematycznie usuwać.
Nie jest to zjawisko nowe. Już kilka miesięcy temu Maciej Sandecki, redaktor naczelny „Dziennika Bałtyckiego”, ostrzegał w swoim tekście: „Nie daj się omamić rosyjskim trollom, nawet gdy przypominają Twoją babcię”. Autor podkreślił, że z rosyjskim hejtem spotyka się od ponad 11 lat i jest to coraz potężniejsze narzędzie Kremla, służące wcześniej do wpływania na wyniki wyborów w USA czy referendum w sprawie Brexitu. Komentarz był reakcją na zasypywanie social mediów „Dziennika Bałtyckiego” fejkami, z których wynikało, że pożar domu w Dolnym Wrzeszczu był spowodowany przez ukraińskiego uchodźcę i że 20 dronów, które wtargnęły w polską przestrzeń powietrzną, pochodziło z Ukrainy, a nie z Rosji lub Białorusi.
W styczniu celem ataku stał się również portal gdansk.pl po rozmowie z Aleksandrą Kamińską, szefową fundacji Zupa na Monciaku, która od lat wozi pomoc humanitarną na front. – Zwykle odpuszczam sobie czytanie komentarzy, ale tym razem to zrobiłam – mówi nam Aleksandra Kamińska. – Popłakałam się, bo to było straszne. Ale otarłam łzy i postanowiłam, że tym bardziej będę robić swoje.
ROZMOWA Z ALEKSANDRĄ KAMIŃSKĄ:
Od trollingu do hipertrollingu
Ostatnio “anomalia” pojawiła się na naszym portalu w komentarzach facebookowych pod materiałami o 4. rocznicy rosyjskiej agresji na Ukrainę. Nawet zapowiedź wydarzeń i uroczystości zaktywizowała trolling. Polacy i Ukraińcy razem solidarnie? W odpowiedzi wstrętne podłe komentarze sypały się setkami. Artykuł miał 2400 reakcji w tym prawie 1400 komentarzy - aż 700 komentarzy zmuszeni byliśmy usunąć ponieważ nawoływały do agresji a nawet zbrodni w najlepszym razie siały wulgaryzmami.
Na profilu Fb naszego portalu post zapowiadający gdańskie uroczystości na 4. rocznicę wojny miał 62 tys. wyświetleń na Fb - w tym 4 tys. reakcji. Nasi dziennikarze również tutaj zmuszeni byli do usuwania wulgarnych i szczególnie agresywnych wpisów.
Sytuacja powtórzyła się, gdy opublikowaliśmy relację z uroczystości.
Michał Fedorowicz zauważa, że jednym z głównych celów ataku stały się duże miasta – właśnie ze względu na ich proukraińską postawę i manifestowanie europejskiej tożsamości. – Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań, ale Gdańsk wyraźnie „zyskuje” w tym rankingu – wylicza Fedorowicz. – Widać to w rosyjskich mediach. Gdy pada tam propozycja zbombardowania któregoś z polskich miast, zazwyczaj wymienia się Warszawę i Gdańsk.
Z kolei prof. Jan Kreft, kierownik Katedry Informatyki w Zarządzaniu Politechniki Gdańskiej, uważa, że miasta będą atakowane coraz częściej, bo trolling stał się skutecznym narzędziem walki politycznej. – Obecnie należy już mówić o hipertrollingu – podkreśla prof. Kreft. – Nie stoją za nim już tylko wynajęci ludzie, ale cyfrowe maszyny, w tym agenci AI, którzy generują olbrzymie ilości treści.
Wstępem do nowej ery dezinformacji może być sieć Open Claw, obsługiwana przez boty AI. To wirtualne byty, które potrafią same odpisywać na e-maile czy wymieniać się informacjami, tworząc złudzenie ogromnej, aktywnej społeczności. Wpływ takich „społeczności AI” na to, co widzimy w internecie, będzie ogromny i praktycznie niezależny od udziału ludzi.
Rosyjska „maszyna do prania”
Najlepszym przykładem rosyjskiej strategii jest sieć Pravda (Portal Kombat). Założona w Moskwie, a rozwijana na Krymie, początkowo wychwalała rosyjską armię. Gdy to okazało się nieskuteczne, skupiła się na poniżaniu Ukraińców i podburzaniu społeczeństw zachodnich. Według American Sunlight Project, tylko w 2024 roku sieć ta opublikowała 3,6 miliona artykułów w 150 domenach.
Pravda działa jak „maszyna do prania” propagandy – zbiera treści z oficjalnych kremlowskich mediów i rozpowszechnia je w różnych językach przez setki pozornie niezależnych stron. Kolportuje kłamstwa o tajnych laboratoriach broni biologicznej czy majątku prezydenta Zełenskiego.
Niebezpieczeństwo polega na tym, że te ogromne ilości fałszu są teraz wchłaniane przez zachodnie systemy AI, które „ucząc się” na nich, zaczynają podawać dezinformację jako sprawdzone fakty.
Rozpowszechniane w ten sposób treści żyją potem swoim życiem - są przekazywane i komentowane przez miliony internautów w ich językach narodowych. Wielu robi to z naiwności, w dobrej wierze, ale są też tacy, którzy świadomie posługują się tymi kłamstwami dla własnych korzyści politycznych. Jest to również część polskiej rzeczywistości. W naszym kraju funkcjonują grupy posługujące się metodami wypracowanymi przez Rosjan, po to by szerzyć swoją wizję świata i niszczyć rywali.
Cyberbezpieczeństwo Gdańska, i nie tylko. Za nami lutowa sesja Rady Miasta
Walka o suwerenną infosferę
O co toczy się ta gra? O to, czy przetrwamy jako wspólnota zdolna do wspólnego działania. Skala problemu jest ogromna, ponieważ już 75% Polaków (a wśród młodych aż 85%) czerpie informacje wyłącznie z sieci, gdzie o widoczności treści decydują nieprzejrzyste algorytmy globalnych korporacji, takich jak Meta Platforms (właściciel Facebooka).
Polska i kraje Unii Europejskiej zaczynają jednak podejmować działania, by odzyskać wpływ na krajową infosferę. Jak podkreślają Michał Fedorowicz i prof. Jan Kreft, kluczowe staje się egzekwowanie unijnego aktu o usługach cyfrowych (DSA), który nakłada na gigantów technologicznych obowiązek skuteczniejszego zwalczania dezinformacji. Trwają również prace nad tworzeniem narodowych centrów analizy mediów społecznościowych, które w czasie rzeczywistym mają wykrywać anomalie i ostrzegać przed kampaniami hybrydowymi. Budowanie odporności społecznej to dziś nie tylko edukacja, ale przede wszystkim systemowa walka o suwerenność informacyjną w języku narodowym.
- Uważam, że działania rządu mogą stworzyć tylko ramy - podkreśla prof. Jan Kreft. - Reszta musi dokonać się oddolnie, poprzez działalność organizacji pozarządowych i dobrze przemyślanej edukacji, żebyśmy nauczyli się odróżnić wartościowe treści od fajków, którymi jesteśmy zasypywani.
- W końcu to Gdańszczanie mają swój rozsądek i decydujący głos w sprawach miasta - dodaje Michał Fedorowicz. - Trzeba być ostrożnym wobec treści, które podaje nam internet, zastanowić się, czy nie chodzi o destabilizację naszego życia społecznego. To praca domowa do odrobienia nie tylko dla Gdańszczan, dla nas wszystkich w Polsce.