Ludzie z “kolebki”
Stowarzyszenie Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej organizuje swoje spotkania od lat, raz w miesiącu: niemal 30 członków, emocjonalny stosunek do tego, czym była “kolebka Solidarności”.
Andrzej Nawrocki do pracy w Stoczni Gdańskiej przyszedł zaraz po studiach w 1970 roku. W pierwszej połowie lat 90. był wiceprezesem zakładu, na koniec, przez kilka miesięcy - nawet prezesem.
- Ja to jeszcze jestem stosunkowo młody - zauważa Andrzej Nawrocki. - Mamy wśród nas kolegów, którzy pracę zaczynali w latach 60., a nawet 50.!
Wieczór na dwie stocznie
Andrzej Nawrocki wpadł na pomysł, żeby na spotkanie stowarzyszenia zaprosić Grzegorza Mehringa, jednego z czołowych gdańskich fotoreporterów, pracownika naszego portalu. Grzegorz, owszem, ma w dorobku znakomite stoczniowe zdjęcia - ale ze Stoczni Gdynia. Szczęśliwie okazało się, że drugi świetny fotoreporter naszej redakcji - Piotr Wittman - posiada własny imponujący zbiór ze Stoczni Gdańskiej.
W czwartek, 26 lutego, obaj autorzy przyszli do Europejskiego Centrum Solidarności na spotkanie. Oprócz zdjęć, przynieśli swoje wspomnienia z dni spędzonych w obu stoczniach.
- Wyszedł z tego wspaniały wieczór - mówi Andrzej Nawrocki. - Zaplanowaliśmy wszystko na godzinę, a poszliśmy do domu po ponad dwóch!
Jak stać się mężczyzną
Ćwierć wieku temu Piotr Wittman studiował architekturę na Politechnice Gdańskiej. Kacper Kowalski, kolega z roku - również zapalony fotograf - powiedział, że był w Stoczni, przyniósł z tego wypadu sporo kapitalnych zdjęć.
- Warto! - zachęcał.
Piotrowi nie trzeba było mówić dwa razy, zgłosił się do Stoczni Gdańskiej. Dyrektor Bogdan Oleszek (od wielu lat do dziś także radny Miasta Gdańska) wyraził zgodę i wysłał go do Zenona Grudnia, szefa Straży Stoczniowej - na szkolenie bhp.
- Zenon Grudzień siedział w gabinecie, gdzie unosił się jeszcze chyba duch epoki Bieruta - wspomina Piotr. - Wyciągnął z szuflady jakąś strasznie starą paczkę extra mocnych i poczęstował mnie, choć sam nie zapalił. Dusiłem się od tego dymu, próbowałem nie kaszleć, a Grudzień mi się tylko przyglądał.
Gdy Piotr był w połowie tego papierosa, szef Straży Stoczniowej wyjął z biurka drugą paczkę papierosów - dla siebie. Były to świeże lekkie L&M-y. Zapalił, zaciągnął się i patrząc w oczy sinego od dymu Piotra powiedział: - No, to teraz możemy porozmawiać, jak mężczyzna z mężczyzną.
ZOBACZ ZDJĘCIA PIOTRA WITTMANA ZE STOCZNI GDAŃSKIEJ:
Stoczniowcy i cud tworzenia
To prawda, żeby zostać prawdziwym stoczniowcem, trzeba było być twardym mężczyzną. Albo wyjątkowo twardą kobietą.
Kto inny przez kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lat, byłby w stanie budzić się w środku nocy, by zdążyć na wczesną poranną zmianę? Kto by sobie poradził na nocnej “szychcie”? Deszcz leje - trzeba robić. Praży słońce, że pot się leje z człowieka - też trzeba wykonać pracę. Zima zawiewa mrozem - też trzeba iść, kadłub budowanego statku czeka na roboty wykończeniowe.
Pierwsze pokolenie stoczniowców było twarde niejako z urodzenia, dobrze pamiętało wojnę.
Później twardość przychodziła z doświadczeniami grudnia 1970 roku, uniesieniami Sierpnia, beznadzieją stanu wojennego, upadkiem PRL-u, gospodarczą zapaścią lat 90.
15 grudnia 1970. Komitet płonie, komuniści strzelają do gdańszczan
Istnieje teoria socjologiczna, że bunt Grudnia i strajk Sierpnia mogły się zdarzyć tylko w takim zakładzie, jak Stocznia Gdańska. Charakter produkcji wymagał kooperacji i wzajemnego zaufania między małymi i dużymi zespołami ludzkimi. Do stoczni przywożono blachę, kable, puszki farby - a w efekcie gigantycznej pracy w świat płynęły wspaniałe piękne statki. Robotnicy uczestniczyli w cudzie tworzenia, byli częścią tego cudu, czerpali z niego poczucie godności i siły.
31 sierpnia 1980: długopis Wałęsy zmienia Polskę i świat
Stanowili elitę klasy robotniczej.
Z tej podmiotowości wypływała siła do walki politycznej i radość, gdy udało im się pogonić znienawidzoną “komunę”. I gorycz - gdy okazało się, że ta nowa wymarzona Polska zamyka stocznię i każe im zmienić wszystko: od miejsca pracy po styl życia.
To ważne, co palisz
- Rozmowa z Zenonem Grudniem, choć przeprowadzona w papierosowym dymie, dała mi dużo dobrego - wspomina Piotr Wittman. - Wysłuchałem wykładu z przepisów bhp, ale też porad, żebym nie opowiadał, że jestem dziennikarzem, bo stoczniowcy czują się oszukani przez polityków, niechęć rozciągają też na dziennikarzy. I dobrze, żebym miał przy sobie jakieś normalne papierosy, “Popularne” albo “Caro”, bo perfumowanych nie lubią. Jeśli wyciągnę jakieś Marlboro, pomyślą że zadzieram nosa.
Podobne doświadczenia miał Grzegorz Mehring, który fotografował Stocznię Gdynia w dniach, gdy zakład kończył działalność, po decyzji o likwidacji. Był 2009 rok.
- Przez te kilka dni pracy rozmawiałem z wieloma stoczniowymi robotnikami - wspomina Grzegorz Mehring. - Za każdym razem robiło na mnie wrażenie, jak świetnie są zorientowani w polityce krajowej, a nawet międzynarodowej. To byli po prostu mądrzy ludzie, brutalnie potraktowani przez realia tamtej Polski.
Zdjęcie, które Grzegorz Mehring uważa za swoje najlepsze z tamtych dni: robotnicy stoją w stoczniowej stołówce. Przed nimi - na talerzach - porcje pieczywa. Twarze ludzi na tej fotografii mówią wiele, jeśli nie wszystko.
FOTOGALERIA GRZEGORZA MEHRINGA ZE STOCZNI GDYNIA:
Jednak było pięknie
Tak więc uczestnikom spotkania w mediatece ECS nie brakowało tematów do dyskusji, zaskakujących spostrzeżeń po latach, wzruszeń. Rozpoznawali miejsca i osoby na zdjęciach.
Żeby uchwycić to wszystko aparatem, trzeba było siedzieć w stoczni dzień i noc. Piotr Wittman przez trzy tygodnie po prostu sypiał w samochodzie. Stoczniowcy po kilku dniach odpowiadali już nawet na “Cześć!”, papierosy okazały się bardzo pomocne w nawiązywaniu relacji.
Teraz, po latach, zdjęcia prezentowane były na rzutniku, osobno zbiór z Gdyni, osobno z Gdańska. Czego tam nie ma?! Obrazy z produkcji to jedno, ale też portrety stoczniowców, sceny z przygotowań do pracy, chwile wolne. Grali “na stoczni” w karty? Jasne, że tak, nieraz na pieniądze. Mieli w szafkach zdjęcia z nagimi kobietami? Kto w tamtych czasach nie miał takiej “gołej baby”, niech pierwszy rzuci kamieniem! Byli po prostu młodzi, wydawało się, że zawojują świat. “Ktoś dostał w nos / To popłakał się ktoś / Coś działo się”.
Dziś nie ma już wielu z tamtych miejsc, i wielu ludzi.
- Codziennie, przez lata, przechodziliśmy przez te wszystkie miejsca ze zdjęć, obok tych snopów iskier i walących młotów pneumatycznych, ale chyba nikt z nas nie zauważył, jakie to wszystko było piękne i niezwykłe - mówi Andrzej Nawrocki, prezes Stowarzyszenie Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej. - Dopiero teraz, te zdjęcia nam to uświadomiły.
Na koniec spotkania Grzegorz Mehring i Piotr Wittman otrzymali zasłużone brawa.