Opus magnum Huellego w Operze Bałtyckiej
“Weiser Dawidek” zwany jest wręcz “Ewangelią wg. Pawła Huellego”. Dawidek dokonuje prawdziwych cudów: potrafi ujarzmić panterę w zoo, tworzy pokazy pirotechniczne z powojennych niewybuchów, perfekcyjnie strzela z niemieckiego nagana, lewituje, wreszcie znika bez śladu pozostawiając swoich przyjaciół w nie mniejszym zadziwieniu niż za swojej obecności.
“Weiser Dawidek” to wreszcie filar mitologii gdańskiej. Dla Gdańska i Gdańszczan jedna z najważniejszych powieści. Jeden z niedoścignionych wzorów opowiadania o mieście i inspiracja artystów, badaczy literatury, wreszcie miłośników książki przemierzających miasto tropem bohaterów (nieprzypadkowo w ubiegłym roku Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna wydała spacerownik śladem Pawła Huellego).
Premiera książki „Wędrówki z Weiserem. Spacerownik po twórczości Pawła Huellego”
Przeniesienie historii na teatralne deski, biorąc pod uwagę niezmienną popularność książki (w tym roku nakładem wydawnictwa Znak ukazało się jej kolejne wydanie) w ogóle nie dziwi. Nie dziwi też, że monumentalna opowieść trafiła konkretnie na deski opery. To jeden z najbardziej dostojnych hołdów złożonych literaturze.
„Weiser Dawidek” w Operze Bałtyckiej. Twórcy odkrywają karty
Z tym, że każdy, kto pojawi się w Operze Bałtyckiej, musi być gotowy na wielość zaskoczeń. To jasne, że rozbudowana opowieść Huellego musiała zostać okrojona - i to okrojona znacznie, bo opera “Weiser” razem z przerwą trwa około półtorej godziny (i to pierwsze zaskoczenie). Drugie zaskoczenie jest takie, że tekstu Huellego… jest w libretto Anny Czekanowicz naprawdę niewiele. Spektakl będący rzecz jasna adaptacją, a nie dokładnym przełożeniem jest, dużym skrótem i w dużym skrócie chyba zbyt dużym skrótem myślowym.
Widz ogląda impresję na temat lata 1957, czyli dokładnie momentu, w którym zniknął Weiser Dawidek. Jest i inscenizacja procesji Bożego Ciała, która najbardziej ilustruje obcość Dawidka, są i dziecięce trudy i przygody, są wreszcie efektowne wybuchy powojennych niewypałów. Niby - jest w tym wszystko co powinno, ale jednocześnie czegoś brakuje. Może magicznego charakteru narracji Huellego? Spektakl w prawdzie wciąga i jest w nim sporo magnetyzmu, ale jego skrótowość powoduje, że przypomina bardziej teledyskowy zestaw scenek i najbardziej efektownych momentów, niż spójną całość.
Zdjęcia do filmu „Wróg” powstawały w Gdańsku. Zobacz, jak pracowała ekipa filmowa
Efektownych momentów naprawdę nie brakuje. To spektakl oparty na inności, obcości, na magnetyzmie realizmu magicznego. I to najbardziej do przedstawienia Opery Bałtyckiej przyciąga. To prawdopodobnie jedyny spektakl operowy, w którym, chociaż we fragmencie, można zobaczyć taniec kaszubskiego feretronu. Poczuć klimat procesji Bożego Ciała, na pograniczu sacrum i ludowej tradycji.
Gdańsk w końcu był miastem niezwykle różnorodnym, szkoda więc, że poza wieloetnicznością niewiele “gdańskości” wybrzmiewa czytelnie. Wręcz - Gdańska brakuje - rozpływa się gdzieś pomiędzy kaszubskim białym głosem Elki, pobrzmiewającą jidysz arią Dawidka, fragmentem bliżej nieokreślonej kamienicy a informacją o tym, że wszystko rozgrywa się nad Zatoką.
Gdzie jest Weiser?
To, co osadza faktycznie spektakl, to scena na cmentarzu na Srebrzysku i epizod uciekiniera z sąsiadującego szpitala - Żółtoskrzydłego. Nawet tunel, w którym znika Dawidek (w książce tunel w nasypie kolejowym nad Strzyżą) jest raczej wejściem do jaskini prowadzącej do mitycznej krainy. Dla widza, który nie zna książki, to jedynie tropy, których może być zbyt mało.
Gdzie jest Weiser? Artyści Opery Bałtyckiej ruszyli tropem bohaterów powieści Huellego
Niemniej, spektakl robi duże wrażenie. Cieszy, że to współczesna opera z rozmachem (i że dyrektor Romuald Wicza-Pokojski z uporem na współczesność stawia), zachwyca muzycznie, ale… po pokazie pozostaje jeszcze więcej pytań, niż odpowiedzi. Widz, który nie jest z Gdańska albo ten, który z twórczością Huellego nie ma zbyt wiele wspólnego, może mieć z pełnym zrozumieniem opowieści spory problem (szczególnie w finale). I ze zrozumieniem tego, co w Dawidku było tak wyjątkowego poza pochodzeniem i umiejętnością wykonywania niemal cyrkowych sztuczek. Czym zafascynował niechętnych mu początkowo chłopców? Bez znajomości książki trudniej na to sobie odpowiedzieć - podobnie trudno spacerować po Gdańsku wyłącznie po pokazie spektaklu.
Jest współczesna, jest kaszubska, ale nie do końca gdańska, jak zapowiadano. Gdańsk został gdzieś na kartach powieści. Jest w tym jednak i pozytyw - jeśli “Weiser” ma być dopiero wstępem do twórczości gdańskiego pisarza, to lepszej zachęty by zagłębić się w odmętach historii “Weisera Dawidka” nie trzeba. A wręcz trzeba po nią sięgnąć. Bo ta opera bez książki istnieć nie może.