Weekend z Męskim Graniem, był, w największym skrócie, gdańskim latem w pigułce. Bardzo kapryśnym – co zaskoczyć mogło głównie przyjezdnych, którzy dla koncertów w nadmorskim mieście przebyli nawet 600 km (choćby z różnych zakątków Śląska). Zaczęło się upalnie, a dodatkowe gorącą festiwalową atmosferę podgrzewały pierwsze koncerty. Rubensa, Lordofonu, Sistars czy Igora Herbuta w projekcie Grechuta Herbuta.
Muzyka ponad pogodą. Taki był pierwszy dzień Męskiego Grania
Rockandrollową cegiełkę przy zachodzącym słońcu zdążył dołożyć też Krzysztof Zalewski: była i taneczna, zadziorna „Zabawa”, i romantyczna „Miłość, miłość”, była też „Edith Piaf”, ale w finale piosenki... musiał przerwać koncert. Nad miastem zawisły czarne chmury, które przyniosły krótką, choć intensywną burzę. Po przerwie technicznej koncerty wznowiono, choć na festiwalowy teren. Wciąż w deszczu minimalistyczny, nastrojowy koncert w duecie zagrali Fisz i Emade, festiwalowy klimat przywrócili PROBLEM z repertuarem Kazika, a później jak zawsze mocno energetyczny, choć tym razem skrócony koncert Kultu.
Dzień pełen wzruszeń
Drugi dzień imprezy pogodowo był znacznie łaskawszy, choć smagający wiatr z pewnością nie ułatwiał utrzymania festiwalowych stylizacji i fryzur w idealnym stanie. - Przynajmniej nie pada! - raz po raz powtarzali zarówno wykonawcy, jak i uczestnicy imprezy.
Drugi dzień Męskiego Grania upłynął w nostalgicznej atmosferze – koncerty pełne wzruszeń i wspomnień wybrzmiewały zarówno na głównej scenie, jak i na sąsiadującej Scenie Ż.
Na pierwszej młodzieńczą energią urzekał Piotr Zioła – jego występ składał się zarówno z materiału świetnej debiutanckiej płyty „Revolving Door” (która obchodzi dziesięciolecie) i wydanego przed czterema laty albumu „Wariat”. Nostalgicznie płynął Spięty, mocno energetycznie zaś – bracia Kacperczyk. Na Scenie Ż natomiast publiczność zahipnotyzowała Edyta Bartosiewicz. Solowy występ, duet gitary akustycznej i wyjątkowego wokalu oraz zestaw największych przebojów – oto przepis na to, jak sprawić, by wielotysięczny tłum śpiewał unisono.
Na scenie głównej, w towarzystwie zachodzącego słońca, wybrzmiał również projekt specjalny. Za sprawą m.in. Grażyny Łobaszewskiej, Piotra Zioły, Igora Herbuta czy Wiktora Waligóry w koncercie „Byłeś serca biciem” poświęconym Andrzejowi Zausze wybrzmiały legendarne: ytułowe „Byłaś serca biciem”, „Bądź moim natchnieniem”, „Wymyśliłem ciebie” czy „Myśmy byli sobie pisani” przeplatane archiwalnymi nagraniami szczerze wzruszyło rozśpiewaną publiczność – tu i ówdzie można było zauważyć osoby ukradkiem ocierające łzy (niezależnie od wieku tych osób).
Od gęśli gdańskich po Fontannę Neptuna. Lokalne wątki w komiksach Christy
Męskie Granie 2026 przechodzi do historii
Na deser: grande finale, czyli koncert Męskiego Grania Orkiestry, w tym roku pod wodzą Zalii, Vito Bambino i Igora Herbuta. Oprócz tegorocznych hymnów, czyli „Nareszcie” i „Tańczę”, ze sceny popłynęły największe przeboje. Obok „pewniaków”, takich jak „Tańcz głupia, tańcz” Lady Pank czy „Ale wkoło jest wesoło” Perfectu, „Kiedy powiem sobie dość” O.N.A, „Kocham cię, kochanie moje” Maanamu, „Urke” Wilków czy „Ten sen” Varius Manx. A wszystko w zaskakujących, świeżych aranżacjach. I wszystko w akompaniamencie chóru entuzjastycznej publiczności, która, mimo kapryśnej pogody, Męskie granie 2026 może zaliczyć jako udane.