"Kawaler srebrnej róży" (niem. "Der Rosenkavalier") to opera komiczna z muzyką Richarda Straussa i librettem Hugona von Hofmannsthala. Powstała w latach 1908-1910 jako następne po "Elektrze" wspólne dzieło niemieckich artystów. W czasach międzywojnia - było prawdziwym operowym przebojem. Historią miłosną podszytą dowcipną intrygą, podbijającą europejskie sceny.
Fabuła koncentruje się na Marszałkowej, dojrzałej arystokratce, oraz jej młodym kochanku Oktawianie. Gdy jej kuzyn, baron Ochs planuje poślubić młodą Sophie Faninal, wybiera Oktawiana na ceremonialnego „kawalera srebrnej róży”, będącego zaręczynowym posłańcem. Podczas uroczystych zaręczyn Oktawian i Sophie... zakochują się w sobie, co uruchamia serię komicznych nieporozumień, przebieranek i intryg.
Wizualny majstersztyk. “Metropolis” w Operze Bałtyckiej
Opera pełna udziwnień
Dziś opowieść o młodzieńczej naiwnej miłości i o tym, jak uratować młodą dziewczynę przed - dziś stwierdzilibyśmy - seksualnym drapieżcą (wszak jak śpiewa rzeczony baron Ochs, kobieta “działa” na niego tylko, gdy się opiera), bywa krótko mówiąc, ciężko strawna. Nawet, jeśli mówi o tym, że miłość, która musi oprzeć się intrygom, zawsze wygrywa. I nawet jeśli nie każdy żart tej komedii omyłek się zestarzał.
Na scenie Opery Bałtyckiej gościła ostatnio przed dwudziestoma laty i wróciła teraz w uwspółcześnionej wersji. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że sztuka padła ofiarą inscenizacyjnego pomysłu Wojciecha Farugi. Osadzenia fabuły w bardziej współczesnej rzeczywistości - złotej erze Hollywood. Pomysł szkatułkowej narracji może był i dobry, tylko że… fabularnie w ogóle się nie broni. “Hollywoodzkie” elementy w postaci fragmentów scenografii czy drugoplanowi bohaterowie pełniący również funkcję ekipy charakteryzatorskiej nie wnoszą wiele, poza rodzącym się podczas oglądania pytaniem “po co?”.
Jeszcze bardziej chybionym pomysłem jest osadzenie drugiego aktu “w kosmosie” - pojawianie się na scenie kosmitów (poza jednym, naprawdę zabawnym) nie ma żadnego wpływu ani na bohaterów, ani na fabułę. To wątek zupełnie niepotrzebny (bo czy komedię trzeba jeszcze “doprawiać” dziwacznym, slapstickowym żartem?). Zwłaszcza, jeśli zestawi się nierówne pod względem akcji i dowcipu dwa ostatnie akty z pierwszym - który wypada znacznie bardziej statycznie (i przydługo).
Świetni soliści
Przedstawienie bez wątpienia “dźwigają” - to zdecydowanie popis ich imponujących wokalnych i aktorskich umiejętności. Szczególnie Iwony Sobotki (targanej namiętnościami Marszałkowej), Bjarniego Thora Kristinssona (złowrogiego Ochsa) i Joanny Motulewicz, która jako Oktawian z młodzieńczym wdziękiem wciela się kilkukrotnie w szczerze zabawne skrajne role. Niemniej całemu przedstawieniu nie pomaga jego “udziwnianie”. Osobliwe inscenizacyjne rozwiązania nie uwspółcześniają, a uwypuklają jedynie, że cała opera, mimo niewątpliwego kunsztu Straussa, w dzisiejszym odbiorze trąci myszką. I nie pomaga jej pudrowanie.
Niemniej “Kawaler srebrnej róży” znajdzie swoich amatorów. Warto zaznaczyć - wytrwałych - bo na tę propozycję trzeba poświęcić (wliczając w to dwie przerwy) aż cztery godziny. To spotkanie z Richardem Straussem. Ale czy warto? Na to pytanie prawdopodobnie odpowiedzą sobie sami widzowie.
Syn Papcia Chmiela w Gdańsku. Wydał nową księgę Tytusa, Romka i A’Tomka