Pomarańczowe dynie z wyciętymi oczami, krzywym uśmiechem i świeczką w środku to jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli Halloween. Jesienią pojawiają się przed domami, w witrynach sklepów i na miejskich dekoracjach. Ale skąd wzięła się ta tradycja? Jej korzenie sięgają Irlandii, dawnych celtyckich obrzędów i opowieści o pewnym człowieku, który podobno... przechytrzył samego diabła.
Przed dyniami były rzepy
Choć dziś trudno wyobrazić sobie Halloween bez pomarańczowych lampionów, początkowo wcale nie wykonywano ich z dyń. Tradycja wiąże się z dawnym irlandzkim świętem Samhain, obchodzonym na przełomie października i listopada. Wyznaczało ono koniec sezonu zbiorów i początek ciemniejszej części roku. Według wierzeń z tym czasem wiązało się szczególne przenikanie świata żywych i umarłych.
W Irlandii i innych częściach Wysp Brytyjskich ludzie zaczęli wydrążać warzywa, wycinać w nich upiorne twarze i umieszczać w środku źródło światła. Wykorzystywano między innymi rzepy, a także inne dostępne warzywa korzeniowe. Takie lampiony miały odstraszać złe duchy lub symbolizować postacie z ludowych opowieści.
Zobacz, jak pięknie został przyozdobiony w tym roku Plac Kobzdeja:
Kim był Jack i dlaczego nazywa się go Skąpcem?
Z dyniowym lampionem nierozerwalnie wiąże się legenda o Stingy Jacku, czyli Skąpym Jacku. W jednej z popularnych wersji tej opowieści był to sprytny i niezbyt uczciwy człowiek, któremu udało się przechytrzyć diabła. Kiedy po śmierci nie mógł trafić ani do nieba, ani do piekła, został skazany na wieczną wędrówkę w ciemności. Miał przy sobie jedynie żarzący się węgielek, który umieścił w wydrążonym warzywie, by oświetlał mu drogę.
Tak narodziła się legenda o Jack-o’-lantern, czyli lampionie Jacka. Jej szczegóły różnią się w zależności od przekazu, ale motyw wędrującej duszy z prowizoryczną latarnią na stałe zapisał się w kulturze Halloween.
W XIX wieku wielu irlandzkich emigrantów wyjechało do Ameryki Północnej, zabierając ze sobą zwyczaje związane z Halloween. Na miejscu odkryli warzywo, które idealnie nadawało się do tworzenia lampionów: dynię.
Była większa od rzepy, łatwiejsza do wydrążenia i miała grubą, pomarańczową skórkę, na której wycięte twarze prezentowały się wyjątkowo efektownie. Dynie były też powszechnie dostępne jesienią. Z czasem to właśnie one wyparły mniejsze warzywa i stały się znakiem rozpoznawczym Halloween.
Łącznie ważą niemal 3,5 tony. Dynie ponownie ozdobiły Gdańsk
Dalszą popularność przyniosły im amerykańskie gazety, ilustracje, pocztówki i popkultura. Dyniowe lampiony zaczęły kojarzyć się nie tylko z dawnymi wierzeniami, lecz także z zabawą, przebierankami i rodzinnym przygotowywaniem dekoracji.
Dynia nie tylko straszy. To także znak jesieni
Dziś halloweenowa dynia ma wiele twarzy: od przerażającej, z ostrymi zębami, po zabawną, z szerokim uśmiechem. Nie zawsze musi wyglądać groźnie. Coraz częściej dekoruje się ją kolorami, maluje lub ozdabia bez wycinania, dzięki czemu może służyć przez dłuższy czas.
Dynia stała się symbolem Halloween również dlatego, że doskonale pasuje do jesiennej scenerii. Jej intensywny kolor przywołuje skojarzenia z opadającymi liśćmi, zbiorami i długimi wieczorami. Łączy więc dawną opowieść o duchach z prostą, sezonową przyjemnością dekorowania domu.
To zdecydowanie jedno z najbardziej fotogenicznych miejsc w Gdańsku! Zobacz:
Dynie w Gdańsku. Trudno je przegapić!
Dynie ozdabiają także zielone zakątki Gdańska. Pomarańczowe kompozycje dostrzec można w Parku Oliwskim i na Skwerze Heweliusza oraz na Placu Kobzdeja.
Trzecia zmiana na miejskich rabatach. Najpiękniej w Parku Oliwskim