
Od ponad 20 lat gdański odpust jest jedną z największych uroczystości kościelnych na Pomorzu. Zwykle towarzyszą jej pielgrzymki piesze z miejskich parafii - ich uczestnicy zbierają się pod Bazyliką Mariacką, by następnie wspólnie wyruszyć do dzielnicy Święty Wojciech, która położona jest przy południowej granicy miasta. Na czele pochodu niesiona jest kopia relikwiarza gnieźnieńskiego, w której znajduje się relikwia - jak chce tradycja, ułamek kości ramieniowej (o interesujących dziejach szczątków doczesnych męczennika piszemy w dalszej części tekstu).
W Świętym Wojciechu znajduje się sanktuarium poświęcone patronowi Gdańska: XIV-wieczny kościół obok wzgórza z drogą krzyżową i kaplicą. W dniu odpustu św. Wojciech odwiedzany jest nawet przez kilka tysięcy osób, nie tylko gdańszczan, ale też mieszkańców sąsiedniej gminy i miasta Pruszcz Gdański. Na ulicy przed świątynią odbywa się jarmarczny handel.

Kościół zaprasza na odpust, ale na innych zasadach
W roku 2020 z powodu pandemii uroczystości nie było. Teraz sytuacja jest podobna, dlatego odpust w Świętym Wojciechu nie może się odbyć. Zamiast tego abp Tadeusz Wojda - nowy arcybiskup metropolita gdański - zarządził, że uroczystość odbędzie się wyjątkowo w Bazylice Mariackiej.
- Nasz kościół jest wystarczająco duży, by bezpiecznie pomieścić kapłanów i 210 gości - mówi ks. Ireneusz Bradtke, proboszcz Bazyliki Mariackiej. - W sumie będzie to 230 osób, razem z członkami zespołu Cappella Gedanensis, który zadba o oprawę muzyczną.
W ławkach głównej nawy siedzieć będą 102 osoby, zgodnie z odstępami wymaganymi przez sanepid. Na podobnej zasadzie w bocznych nawach rozstawionych będzie w sumie 60 krzeseł.

Msza święta rozpocznie się o godz. 12. Będzie można wejść na nią bez zaproszenia, z ulicy, ale tylko do chwili, gdy limit osób w kościele zostanie wyczerpany.
- Będzie otwarte jedynie główne wejście - zaznacza ks. Ireneusz Bradtke. - Wyznaczona osoba będzie liczyła gości. Nikt nie wejdzie do środka bez maseczki ochronnej, dlatego będziemy mieli przygotowane i w razie potrzeby podarujemy maseczkę, jeśli ktoś zapomni. Przy liczbie 210 osób drzwi kościoła zostaną zamknięte.
Homilię wygłosi abp Tadeusz Wojda.
Uroczystość w całości będzie transmitowana na żywo przez portal gdansk.pl - od godz. 12.
Święty Wojciech - jak Czech po śmierci został patronem Polski
Ponad tysiąc lat temu biskup Pragi Adalbertus (Wojciech) otrzymał wsparcie od księcia piastowskiego Bolesława i w 997 roku wyruszył z misją chrystianizacyjną ku ziemiom położonym nad Bałtykiem. Prawdopodobnie pod koniec marca dotarł do Gdańska, gdzie według tradycji odniósł sukces, bowiem wielu mieszkańców grodu przyjęło chrzest z jego rąk. Możliwe, że wśród ówczesnych gdańszczan spędził nawet dwa tygodnie.
W połowie kwietnia Adalbertus z towarzyszącymi mu uczestnikami wyprawy misyjnej oraz niewielką grupą zbrojnych wypłynął łodzią na przybrzeżne wody dzisiejszej Zatoki Gdańskiej. Skierowali się na wschód, ku ziemiom zamieszkanym przez Prusów. Jedna z hipotez mówi, że wpłynęli na Zalew Wiślany - tam misjonarze wysiedli na brzeg, natomiast łódź ze zbrojnymi ruszyła w drogę powrotną. Możliwe, że głównym celem wyprawy był gród Truso nad jeziorem Drużno. Prusowie przyjęli przybyszów wrogo, a w końcu miejscowa starszyzna zażądała, by pod groźbą śmierci odeszli, skąd przybyli. Możliwe, że Adalbertus świadomie kontynuował misję. Został zabity przez uzbrojonych Prusów na polanie, najprawdopodobniej w okolicach Dzierzgonia. Był jedyną ofiarą tego zajścia, jego towarzyszy puszczono wolno. To bardziej domysły niż fakt, ale uważa się, że do zabicia biskupa Adalbertusa doszło w dzisiejszym Świętym Gaju. Trudno powiedzieć, czy obecna nazwa wskazuje na świętość w związku z męczeństwem misjonarza, czy dlatego, że znajdowało się tam miejsce kultu religijnego Prusów, które przybysz - świadomie lub nie - zbeszcześcił.
Książę Bolesław umiał wykorzystać śmierć misjonarza pod względem politycznym - wykupił zwłoki biskupa Adalbertusa za wielkie pieniądze i pochował po chrześcijańsku w Gnieźnie. Taka postawa zaskarbiła piastowskiemu władcy uznanie w oczach cesarza Ottona III i papieża Grzegorza V. Następstwem tego był Zjazd Gnieźnieński - cesarska pielgrzymka do grobu męczennika w roku 1000 - i w dalszej perspektywie koronacja Bolesława w roku 1025. Dziś władca ten jest znany jako król Bolesław I Chrobry.
ZOBACZ ANIMACJĘ O ŚW. WOJCIECHU, NAWIĄZUJĄCĄ DO DRZWI GNIEŹNIEŃSKICH:
Biskup Adalbertus - św. Wojciech po kanonizacji stał się patronem Polski i Gdańska. Z jego misją związana jest najstarsza historyczna wzmianka o naszym mieście jako “urbs Gyddanyzc” - takie słowa widnieją w żywocie św. Wojciecha, autorstwa benedyktyńskiego mnicha Ioannesa Canapariusa. Opowieść spisana została w dużej mierze na podstawie relacji, jaką zakonnikowi przedstawił Gaudenty (Radzim) - brat zabitego biskupa i uczestnik jego misji, któremu Prusowie darowali życie.
W roku 1997 Gdańsk uroczyście obchodził millenium swojego istnienia, choć należałoby raczej mówić o 1000-leciu rozpoczęcia chrystianizacji miasta, bowiem gród w tym miejscu na pewno powstał dużo wcześniej.
Czaszka i kości wywiezione z Gniezna
Adalbert nie miał spokojnego życia, nie zaznał też spokoju po śmierci.
W dniu męczeństwa - 23 kwietnia 997r. - ciało zabitego zostało podzielone. Odciętą głowę Prusowie zatknęli na tyczkę i ustawili twarzą w kierunku, z którego biskup przywędrował. Według tradycji, korpus ciała ułożono na marach - co można zobaczyć m.in. na Drzwiach Gnieźnieńskich - ale prawdopodobnie został wrzucony do rzeki, a następnie wyciągnięty z wody i zakopany.
Najpierw na dwór księcia Bolesława miała trafić głowa świętego, przywieziona przez nieznanego dziś z imienia podróżnika. Następnie do Prusów wysłano poselstwo, by wykupić resztę zwłok. Przyjmuje się, że przed rokiem 1000 względnie kompletne szczątki biskupa Adalberta były już w Gnieźnie. Gdy na Zjazd Gnieźnieński przybył tam Otton III, podarował katedrze szczerozłoty ołtarz, swój cesarski diadem, gwóźdź z Krzyża Pana Jezusa oraz kopię włóczni św. Maurycego. W zamian za te dary Bolesław ofiarował cesarzowi m.in. relikwiarz z ramieniem św. Wojciecha.

Niestety, w 1039 roku czeski książę Brzetysław najechał Gniezno i zrabował z tamtejszej katedry relikwie św. Wojciecha. Wywiózł je do Pragi.
Niespodziewanie po prawie 90 latach (rok 1127) w Gnieźnie odnalazł się złoty relikwiarz z czaszką św. Wojciecha. Było to być może oszustwo, bowiem czaszka zrabowana przez księcia Brzetysława nie opuściła Pragi, a jeszcze inną rzekomą czaszkę św. Wojciecha trzymano w Akwizgranie. Relikwię tę przechowywano w skarbcu katedralnym w Gnieźnie aż do 1923 roku, kiedy to skradli ją nieznani sprawcy - zapewne ze względu na złoty relikwiarz - i od tego czasu bezpowrotnie zaginęła.
W naszym kraju nie byłoby dzisiaj żadnej relikwii św. Wojciecha, gdyby nie przechowywane w Rzymie ramię męczennika - dar, który ponad 900 lat wcześniej książę Bolesław przekazał cesarzowi Ottonowi III podczas Zjazdu Gnieźnieńskiego. W 1928 roku kardynał August Hlond sprowadził do Gniezna znaczną część tej relikwii. Przetrwała szczęśliwie w ukryciu II wojnę światową, dzięki pomocy i wielkiemu zaangażowaniu żołnierza Wehrmachtu, który pomógł ją ukryć, gdy powzięto podejrzenie, że Gestapo może chcieć ją zniszczyć. Do dzisiaj jest przechowywana w skarbcu katedry gnieźnieńskiej.
Włamanie w katedrze
W marcu 1986 roku w Gnieźnie doszło do świętokradztwa. Trwał remont katedry i złodzieje to wykorzystali - do wnętrza świątyni dostali się schodząc po linkach alpinistycznych. W odróżnieniu od czeskiego księcia Brzetysława w ogóle nie byli zainteresowani relikwiami, a jedynie wykonanym ze srebra relikwiarzem w kształcie trumny. Było to unikatowe dzieło warsztatu gdańskiego złotnika Petera van der Rennena z 1662 roku.
Sprawcy oderwali od relikwiarza elementy wykonane ze srebra: pastorał, mitrę, ewangeliarz znajdujący się w ręce srebrnej rzeźby św. Wojciech, a także poduszkę, na której się wspierał. Oderwali też trzy srebrne aniołki i skrzydła sześciu orłów, które zdobiły podporę trumienki. Chcieli również ukraść całą rzeźbę św. Wojciecha, ale wyrwali jedynie tułów pozbawiony nóg. I tak był zbyt ciężki i niewygodny do transportu. Wpadli więc na pomysł, by przy pomocy siekiery odrąbać z figury męczennika głowę i rękę. Resztę zakopali w pobliżu katedry, licząc na to, że jeszcze wrócą po łup.
Sprawa kradzieży odbiła się niezwykle szerokim echem. Wyznaczono wysoką nagrodę za pomoc w schwytaniu sprawców. I rzeczywiście dość szybko Milicja otrzymała sygnał, że w garażu na gdańskim Przymorzu ktoś próbuje przetapiać srebrny złom przy pomocy palnika acetylenowego. Był to strzał w dziesiątkę. Sprawcami okazali się trzej mieszkańcy Gdańska, dwaj z nich byli braćmi. Cała trójka skazana została na 12-15 lat pozbawienia wolności. Wcześniej przypadkowo odzyskano zakopany w pobliżu gnieźnieńskiej katedry srebrny korpus figury świętego - natrafiły na niego bawiące się w piachu dzieci.

Kawałek kości trafił do Gdańska
Relikwiarz był całkowicie zdewastowany. Jego rekonstrukcja byłaby niemożliwa, gdyby nie fotograficzna i fotogrametryczna dokumentacja, wykonana kilkanaście lat wcześniej na zlecenie Wojewódzkiego konserwatora Zabytków w Poznaniu. Na jej podstawie gdański artysta rzeźbiarz Wawrzyniec Samp wykonał gipsowe modele głowy (wraz z mitrą), krzyża, rąk i nóg (od kolan). Odlewy wykonała pracownia brązownicza Janusza Kwiecińskiego w Pleszewie. Warsztaty brązownicze i złotnicze w Poznaniu wykonały pozostałe prace.
Zaangażowanie w projekt Wawrzyńca Sampa umożliwiło wykonanie dokładnej pomniejszonej kopii gnieźnieńskiego relikwiarza. Jest ona przechowywana w katedrze w Oliwie. W środku znajduje się autentyczna relikwia św. Wojciecha - ułomek kości ramienia, która przechowywana jest w Gnieźnie. Relikwiarz ten opuszcza Oliwską Katedrę zawsze pod koniec kwietnia, by znaleźć się w centrum gdańskiego odpustu ku czci patrona miasta.
