
Bo czekają w okopie
Aleksandra Kamińska jest gdańszczanką. Od ośmiu lat prowadzi w Oliwie fundację Zupa na Monciaku. Można odnieść wrażenie, że w swojej ofiarności nie zna zmęczenia, zniechęcenia, strachu. Zaczynała od gotowania zup dla osób bezdomnych, które podawała na sopockim Monciaku. Napaść putinowskiej Rosji na Ukrainę w lutym 2022 roku zmieniła wszystko. Od tego czasu Aleksandra Kamińska nadal serwuje zupy na Monciaku, ale też organizuje i dostarcza pomoc humanitarną dla ukraińskich cywilów i żołnierzy. Zawiozła tam już 33 transporty, co daje średnią niemal raz na każdy miesiąc wojny.
- My Polacy wciąż wspieramy Ukraińców, ale coraz mniej ofiarnie - przyznaje Aleksandra. - Wkradło się między nas zniechęcenie, żal. Na początku zrzutka publiczna łatwo dawała 100 tysięcy złotych, teraz 30 tysięcy.
Skąd się to bierze?
Słuchamy o korupcji w Ukrainie, o postsowieckiej mentalności, o tym, że młodzi Ukraińcy kłują Polaków w oczy drogimi samochodami, o tym, że Ukraińcy są rzekomo niewdzięczni.
Zapominamy o cywilach, którym zabrano poczucie bezpieczeństwa i zwykłe codzienne życie. Zapominamy o ukraińskim żołnierzu, który w styczniu spędza dzień i noc w okopie, w śmiertelnym zagrożeniu. Czy on ma ciepłą bieliznę? Czy ma co zjeść? Czy są tam dobre nosze, żeby go nieść, jeśli zostanie ranny?
Czytaj także: Odessa zaatakowana, są zabici. Prezydent Aleksandra Dulkiewicz: "Z Ukrainą w tych trudnych chwilach”

Dają pieniądze i serca
Na szczęście nie wszyscy poddają się zwątpieniu. Niezawodnego wsparcia wciąż udzielają prywatne firmy.
Aleksandrę uskrzydlają też tacy ludzie, jak Małgorzata i Piotr Osińscy, gdańszczanie. W grudniu ogłosili w gronie rodzinnym, że tym razem nie będzie prezentów pod choinkę, tylko zrzutka na walczącą Ukrainę. Uzbierali 6 tysięcy złotych, kupili to, co było potrzebne.
Po ich wizycie Aleksandra napisała na Fb fundacji:
Worki świętego Mikołaja w rodzinie Gosi i Piotra pełne były leków na przeziębienie, rozgrzewających wkładek do butów, koców ratunkowych, plecaków i najlepszych batoników. Za saniami Mikołaja toczyły się po śniegu cztery opony terenowe dla auta ewakuacji medycznej rannych wojskowych.

Wszystko to zostało włączone do zorganizowanego przez Aleksandrę Kamińską transportu o wartości 100 tysięcy złotych. I pojechało pod Donieck.
Wiele osób do tego transportu dało nie tylko pieniądze, ale i serca. Lista jest naprawdę długa: Grzegorz z Sopotu, Wojtek z Gdańska, Katia z Odessy, Maciek z Gliwic, Iwona z Opola Lubelskiego, Bartek, Dorota, Gienek, Mateusz, Gary, Ania, Kasia...
Czytaj także: Prezydent Gdańska po ataku Rosjan na Lwów: Wspieramy i będziemy wspierać Ukrainę

Straszna rzecz z nieba
W środę, 5 lutego, gdy jeszcze była noc, rosyjski samolot bojowy wzbił się bardzo wysoko w niebo. Z bezpiecznej dla pilota odległości 50, może nawet 70 kilometrów, zrzucił bombę szybującą. To straszny wynalazek. Stare, wielkie bomby lotnicze jeszcze z czasów ZSRR zostały wyposażone w nowoczesnej konstrukcji skrzydła i odbiornik nawigacji satelitarnej. Są bardzo celne w sianiu spustoszenia. Już setki takich bomb Rosjanie zrzucili na Ukrainę. Ta, która trafiła w magazyn pod Donieckiem była półtonowa. Stal i trotyl.
Czytaj także: Nasza podstrona Gdańsk z Ukrainą

Ze 138 opon samochodowych, kupionych pod konkretne zamówienie ukraińskich żołnierzy, bomba spopieliła tak, że zostały tylko koliste druty zbrojenia.
- W warunkach wojny opony zużywają się błyskawicznie - tłumaczy Aleksandra. - W Ukrainie nie ma rynku opon używanych, jeździ się na nich, aż będą łyse. Chłopaki tak czekali tam na froncie na te nasze opony. Nie mogę spokojnie o tym myśleć.
Ola wzięła ze sobą do Gdańska fragment skrzydła tej bomby. Powiedziała sobie, że “to coś” nie może zniweczyć pomocy.
Czytaj także: Rosyjski terror w Ukrainie - delegacja z Gdańska doświadczyła tego razem z mieszkańcami Odessy

Po prostu trzeba
Część transportu z Gdańska zdążyli rozdysponować, zanim uderzyła bomba, ale straty i tak są dotkliwe. Aleksandra Kamińska wylicza je na swoim Facebooku. To obszerna lista, którą przytaczamy również na końcu tego tekstu.
Na liście strat są też rysunki od dzieci z gdańskich szkół i przedszkoli. “Te żółto-niebieskie o tematyce patriotycznej od ukraińskich dzieci i te zupełnie beztroskie i kolorowe od dzieci polskich”.
Aleksandra chodzi teraz po zaprzyjaźnionych firmach, wydzwania do kogo może. Na portalu Zrzutka.pl założyła specjalne konto do wpłat.
ZBIÓRKA PIENIĘDZY NA ZRZUTKA.PL
W ostatnią niedzielę ks. Krzysztof Niedałtowski, który jest zaprzyjaźniony z Aleksandrą Kamińską, umożliwił jej wystąpienie przed wspólnotą, zebraną na mszy świętej w kościele św. Jana.
Powiedziała, że Zło przyszło do Ukrainy nieproszone. Że zabija tam naszych Braci i Siostry. Że nie można patrzeć na to bezczynnie. Że po prostu trzeba pomóc.

SPORZĄDZONY PRZEZ ALEKSANDRĘ KAMIŃSKĄ SPIS UTRACONYCH RZECZY:
- Generatory, żeby żołnierze mieli prąd, tam gdzie go nie ma.
- Stacje ładowania Ekoflow, które dają prąd tam, gdzie hałasowanie generatorem stwarza zagrożenie. Również tam, gdzie bardzo blisko linii frontu ratuje się życie rannych. Jedna stacja, która miała ładować reflektory obrony przeciwlotniczej przeszukującej nocami niebo, żeby ochronić Charków przed atakami dronów.
- Pojemne, pancerne powerbanki które Bartek i Dorota pomogli sprowadzić z Niemiec. Żeby żołnierze zawsze mieli w kieszeni trochę energii i nie tracili kontaktu.
- Odporne na uderzenia tablety do korzystania z map. Gienek pomógł wybrać. Bartek kupić. Ania uszyła wodoszczelne pokrowce w militarnych barwach, z maleńkim serduszkiem.
- Liny holownicze do ciężkich aut i maszyn bojowych ważących ponad 20 ton. O to, żeby były najlepsze z możliwych zadbał pan Mateusz. Na pewno nie pękną? Na pewno.
- Opony, 138 opon według indywidualnego zapotrzebowania żołnierzy i medyków wojskowych. Część wyszukanych i podarowanych, część kupionych, zwłaszcza te na najcięższy frontowy teren. Mnóstwo pracy Macieja.
- Nosze do ewakuacji rannych z pola bitwy. Uszyte na zamówienie w przez panią Iwonę w Opolu Lubelskim. Nasza wolontariuszka Ania w każde z nich wszyła serduszko tuż przy głowie rannego. Może ranny nie zauważy, pomyśleliśmy, ale może w tej najtrudniejszej być może chwili, zawiesi wzrok właśnie na nim.
- Dziesiątki par wojskowych butów, polarów, mundurów. Trochę nowych, większość upolowanych jako używane. Dobrej jakości używane wyposażenie różnych armii NATO to zwykle dla żołnierzy znacznie lepszy wybór niż najdroższe nawet nowe ciuchy produkowane na rynek cywilny. Maciek z Gliwic poświęcił dziesiątki godzin na pomoc nam w wybieraniu i dzielnie znosił dyskusje z Olą o odcieniach zieleni (Tak, szałwiowy i tak jest najlepszy).
- Rękawiczki taktyczne ulubionych marek, nie takie, które są najtańsze, ale takie które się sprawdzają, a na twarzach obdarowanych i wywołują uśmiech oraz niecenzuralne słowa zachwytu.
- Bielizna, czapki, ciepłe kurtki. Jest Pan pewien że te skarpetki, na których napisano że są do minus dwudziestu pięciu stopni będą dla żołnierzy najlepsze? Tak, jestem pewien, to nasz polski produkt i kontrolujemy ich jakość. Dobrze, bierzemy wszystkie jakie Wam zostały. Szkoda, że ich też w większości już nie ma.
- Leki, według list medyków i punktów stabilizacyjnych, te które najpilniej potrzebne. To praca Garego. Pieniądze, serce i czas.
- Opatrunki i męskie sportowe ubrania dla punktów stabilizacyjnych. Przysyłali je Państwo do nas przez cały styczeń.
- Narzędzia do naprawy aut, akumulatory, podnośniki, prostowniki, zestawy naprawcze do opon. Wybierał Gienek i Maciek.
- Metalowe kanistry, solidne saperki, kilkadziesiąt plecaków wojskowych w różnych rozmiarach. Zimowe śpiwory, karimaty. Ciepłe koce i pluszowe poduszki, wszak spanie z głową na kurtce do wygodnych nie należy.
- Kuchenki polowe, kartusze z gazem, a do nich małe rondelki. I zupki w proszku, klopsiki w słoikach.
- Kabanosy, batony, całe mnóstwo, o które zadbała pani Kasia.
- Rozgrzewające saszetki z lekami na przeziębienie, setki ich dla tych, co w okopach. Rodzina Gosia i Piotra zrezygnowała z prezentów świątecznych, żeby kupić ich pod dostatkiem.
- Chemiczne ogrzewacze do rąk, do ciała, do stóp. Kilkaset razy miały rozgrzewać zmarzniętych w okopach.
- Grawerowane na zamówienie metalowe kubki. 157 kubków z ukraińskim symbolem Trójzębem, garnuszkiem Zupy i 157 ksywkami wojskowych. I wpisem w dnie, że to od przyjaciół z Polski. Praca Bartka
- Do kubków mnóstwo kawy, herbaty, mnóstwo słodyczy. Również z paczek od Państwa. Odsyłali nam Państwo świąteczne prezenty, bombonierki z wigilii firmowych, piekli sami ciasteczka.
- Rysunki od dzieci ze szkół i przedszkoli. Te żółto- niebieskie o tematyce patriotycznej od ukraińskich dzieci i te zupełnie beztroskie i kolorowe od dzieci polskich.
- Pieczony w Gdańsku od serca chleb wojskowy, taki który będzie świeży jeszcze trzy tygodnie , 100 bochenków, ciasteczka misternie pozawijane w serwetki i ozdobione polską flagą i ukraińskim serduszkiem. Na froncie nie ma głodu. Ale chleb to symbol rozumiany przez wszystkich. Serce pani Kasi.
Długo by jeszcze wymieniać co było. Cześć rzeczy zdążyliśmy doręczyć, jednak większości już nie ma.
Nie ma też naszej zgody na to.