Izabela Biała: Całą wojnę spędził pan w Gdańsku?
Jan Małgorzewicz: -Tak. tutaj się urodziłem, tutaj wychowywali mnie dziadkowie i siostra babci. Moja mama zmarła w kilka dni po porodzie, a ojciec jako pracownik Polskiej Dyrekcji Kolei w Gdańsku znalazł się w ekipie ewakuowanych przedstawicieli polskiego kolejnictwa, których tuż przed rozpoczęciem wojny wysłano do Torunia. Do końca wojny ojciec ukrywał się w Borach Tucholskich - no, może nie całkowicie, bo pracował przez ten czas u Niemca, właściciela leśnego majątku.
Brat mojej mamy, także kolejarz nie miał tyle szczęścia. Wuj był rewizorem (nie konduktorem jak podkreśla pan Małgorzewicz - red.). Naraził się Niemcom, bo na granicy Wolnego Miasta Gdańska wywalał z pociągu cywilne oddziały niemieckie, przerzucane do miasta przed wojną. Myślę, że po prostu nie mieli biletów. Zapłacił za to wysoką cenę: 1 września 1939 r, z samego rana, został aresztowany i wysłany najpierw do obozu koncentracyjnego Stutthof, a następnie do Oranienburga i Sachsenhausen. Przeżył obozy, ale długo po wojnie nie pożył.
Wróćmy do Gdańska w dniach szturmu..
- Z mojej perspektywy rozpoczął się 26 marca. Mieszkaliśmy wtedy w pobliżu stoczni, przy ul. Nowomiejskiej. Wczesnym rankiem tego dnia wpadli do naszego mieszkania żołnierze, radzieccy fizylierzy. To byli sami Azjaci, zachowywali się jak dzicy, wyrywali zegarki, zdejmowali obrączki z palców.
Po ich “wizycie” cały dzień przesiedzieliśmy w schronie w piwnicy pod własnym domem. Następnego dnia sąsiednie domy przy Nowomiejskiej zaczęły się palić. Wpadliśmy do mieszkania, żeby zabrać trochę jedzenia i najpotrzebniejsze rzeczy, kto co tam złapał.
Ja miałem plecaczek, który zrobiła mi ciocia i mini walizeczkę. Ciocia i babcia w rękach trzymały po walizce i torbie, dziadek miał wielki plecak. Przez Wały Piastowskie uciekaliśmy w kierunku dworca. Myślę, że babcia postanowiła uciec do kościoła św. Józefa. To był katolicki kościół, do którego chodziliśmy na niedzielną mszę.
Co widzieliście po drodze?
- Kiedy szliśmy Wałami, budynki przy pobliskiej ul. Dyrekcyjnej sąsiadujące z dyrekcją kolei, płonęły. Żar był niesamowity, płatki ognia spadały na nas jak śnieg. Zbliżaliśmy się do dworca. Pamiętam jak u wylotu Korzennej stały działa radzieckie, widziałem jak artylerzyści je ładowali i strzelali na wprost, w kierunku Głównego Miasta.
Chwilę później zobaczyliśmy, że kościół św. Józefa również już płonie. Przysiedliśmy, zmęczeni pod bastionem św. Elżbiety, przycupnęliśmy pod murem i patrzyliśmy jak po przeciwnej stronie ulicy wszystko się pali. Pamiętam smoliste kłęby dymu. Pociski fruwały nam nad głowami. Jeden z nich uderzył w budynek, w którym po wojnie był komitet centralny PZPR. Nad nami latały samoloty i bombardowały miasto z góry. Zostaliśmy tam do wieczora, zastanawiając się co dalej. Noc postanowiliśmy znów spędzić w schronie, tym razem pod obecnym budynkiem Komisji Krajowej Solidarności.
Zmrużyliście oko chociaż na chwilę?
- Trochę spaliśmy, ale co jakiś czas zaglądali do środka jacyś żołnierze budząc nas. Było bardzo ciemno w tym schronie, ale czułem, że jest pełen ludzi. Gdzieniegdzie tylko pełgały pojedyncze świece. Podziemie było częściowo zalane wodą, więc wszyscy skupili się blisko wejścia.
Rano ruszyliśmy z powrotem, w kierunku ul. Jana z Kolna, bo tam budynki jeszcze się nie paliły. Kiedy rozglądaliśmy się za jakimś pustym mieszkaniem, w którym moglibyśmy się schronić, podbiegł do nas żołnierz radziecki, wyrwał tobołki z rąk babci i cioci, i wrzucił je na ciężarówkę, na której leżał już stos podobnego dobytku. Moja ciocia, która znała trochę rosyjski, podeszła do żołnierza wyglądającego na oficera (pamiętam, że miał mapnik zawieszony na piersi i dwa pasy z nabojami) i zapytała: “dlaczego nam, Polakom, zabieracie dobytek?” Ten spojrzał na nią, podprowadził do ciężarówki i pozwolił odebrać nasze rzeczy. Także to był dobry przykład żołnierza radzieckiego… Znaleźliśmy mieszkanie przy dzisiejszej Robotniczej i tam już zostaliśmy.
Kiedy uspokoiła się sytuacja w mieście? Kiedy poczuliście, że to już koniec walk?
- Dopiero na początku kwietnia. Wtedy też zaczęliśmy spotykać także polskie wojsko. Dzięki polskim oddziałom otrzymaliśmy trochę żywności: konserwy, chleb, zupę z kuchni polowej - chyba grochówkę.
Równocześnie z polskimi żołnierzami pojawili się Rosjanie, już inaczej ubrani, niż ci na początku szturmu. Myślę, że byli to funkcjonariusze NKWD. Zaczęli uspokajać sytuację w mieście, pacyfikować rabunki i gwałty. Pamiętam rozczochrane kobiety snujące się po ulicach...
Jak zapamiętał pan obraz zniszczonego miasta?
- Wszędzie były zwłoki i mnóstwo rozbitego i spalonego sprzętu wojskowego, w kabinach utkwiły na wpół zwęglone ciała. Była też niezliczona ilość końskich trupów - myślę, że głównie były to konie Niemców, którzy uciekali do Gdańska z Warmii i Mazur. Wszędzie unosił się potworny fetor. I ogień - paliło się bez przerwy przez całe tygodnie.
A czy widział pan flagę polską na Dworze Artusa?
- Tak, pamiętam ten obraz. Często przechodziłem przez Długi Targ z grupą moich rówieśników - Polaków i Niemców. Był straszny głód, wszędzie szukaliśmy jedzenia i głównie tym się zajmowaliśmy. Pamiętam, że na poszukiwania chodziłem z mieszkami przywieszonymi przy pasie, pewnie uszytymi przez moją ciocię, która była krawcową. Mówiło się, że na Wyspie Spichrzów jest pełno żywności. Postanowiliśmy to sprawdzić z kolegami. W jednym z wypalonych spichlerzy trafiliśmy na ogromne bryły karmelu - cukier, który był tam przechowywany, po prostu stopił się w trakcie pożaru. Chodziliśmy tam, odbijaliśmy kawały z tych brył, czym się dało i ładowaliśmy te nasze skarby. Cukier! Wtedy to był prawdziwy rarytas.
Jakie jeszcze skarby udało się panu znaleźć w ruinach?
- Biegaliśmy też po rozbitych sklepach i po domach szukając jedzenia. Pamiętam jak z małym Niemcem wpadliśmy do jakiegoś mieszkania. Grzebiąc w papierach natrafiłem na cały stos srebrnych guldenów, były też chyba reichsmarki. Nie namyślając się wiele, zapakowałem to wszystko i szybko poleciałem do ciotki. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy z wagi tego znaleziska, ale myślę że przez długi czas, płacąc nimi, ciotka zapewniała nam żywność.
Pamiętam też takie śmieszne zdarzenie, w innym mieszkaniu. Musiał tam rezydować jakiś ważny oficjel niemiecki, bo pokoje były ogromne, a na ścianie wisiał wielki portret Hitlera. Kolega, z którym byłem, nie namyślając się wiele, wziął do ręki kałamarz i walnął nim w ten portret. Pamiętam ten cieknący po głowie Hitlera atrament. Śmialiśmy się z tego wtedy bardzo długo.
Proszę jeszcze powiedzieć, kiedy i w jaki sposób odnalazł was pański ojciec?
- Tam, gdzie mieszkaliśmy przed wojną, na Nowomiejskiej, rodziny, których domy się spaliły, zostawiały na drzewach kartki z informacją dla bliskich: “przeżyliśmy, jesteśmy teraz tu i tu…”. Dziadkowie także zostawili taki liścik i dzięki temu tata wrócił do nas, w maju 1945 r.
Zamieszkaliśmy z ojcem obok dziadków - również na Robotniczej.
A jak ludność napływowa odbierała was - miejscowych Polaków?
- Mieli nas po prostu za Niemców. We wrześniu 1945 poszedłem do polskiej szkoły, a ponieważ zdążyłem uczyć się przez trzy lata w niemieckiej, dali mnie do czwartej klasy. Pamiętam taką kłopotliwą wpadkę, kiedy nauczycielka kazała mi zapisać jakieś zdanie ze słowem “szkoła”. Podszedłem do tablicy i napisałem “Schkoła” - przez niemieckie “sch”. Nauczycielka oniemiała...
Co zostało w pańskiej psychice z przeżyć dzieciństwa?
- Nie mam koszmarów, w których pojawiałyby się sceny z wojennego Gdańska, ale do dziś panicznie boję się wystrzałów. Przy byle huku cały się kurczę.