„Gdynio! Bądź sobą przez kolejne 100 lat” – plakaty z takimi życzeniami pojawiły się na przystankach komunikacji miejskiej w Gdańsku oraz na elektronicznych citylightach. Dziś, 10 lutego, prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz oraz jej zastępcy wezmą udział w uroczystej sesji Rady Miasta Gdyni. Setne urodziny miasta to okazja do podkreślenia przyjaznej współpracy Gdańska i Gdyni oraz metropolitarnej wspólnoty. Ale 100 lat temu tak przyjaźnie nie było.
Polska potrzebuje portu
Gdyby nie wrogie nastawienie Wolnego Miasta Gdańska do Polski, port w Gdyni być może by nie powstał. WMG, jako strefa zdemilitaryzowana, znajdowało się pod kuratelą Ligi Narodów, a zawarte po zakończeniu I wojny światowej porozumienia międzynarodowe gwarantowały Polsce dostęp do gdańskiego portu. Ale rzeczywistość okazała się trudniejsza – niemiecka większość WMG sabotowała realizację Traktatu Wersalskiego, a i jego międzynarodowi zwierzchnicy byli często bardziej przychylni Niemcom.
Tak więc już 10 lutego 1920 roku, w dniu zaślubin Polski z morzem w Pucku, gdzie II RP reprezentował generał Józef Haller, na posiedzeniu Sejmu Ustawodawczego w Warszawie podjęto decyzję o budowie własnego portu. Przypieczętowała ją w sierpniu 1920 roku odmowa rozładunku statku z bronią dla polskich żołnierzy walczących z prącymi na Warszawę bolszewikami – zbuntowali się niemieccy dokerzy, a sprzyjający Niemcom Komisarz Ligi Narodów Reginald Tower zakazał wwozu kolejnych dostaw uzbrojenia.
Puck, Tczew, a może jednak Gdynia?
Misję budowy portu, który miałby stać się polskim oknem na świat, otrzymał inżynier Tadeusz Wenda. Najpierw musiał jednak znaleźć odpowiednie miejsce. W maju 1920 roku wyruszył więc na kilkutygodniowe tournée po polskim, świeżo odzyskanym wybrzeżu, liczącym ledwie 150 km.
Mianowany kierownikiem Wydziału Budowy Portów w Departamencie Spraw Morskich Wenda udał się najpierw nad Jezioro Żarnowieckie, którego zachodnim brzegiem przebiegała granica z Niemcami. Inżynier uznał, że zbyt blisko biegnie ta granica, no i budowa portu na jeziorze wymagałaby przekopania kanału od strony morza. Stamtąd pojechał do oddalonego o 25 kilometrów na wschód Pucka. Za tą lokalizacją przemawiała tradycja i historia. Po zbadaniu Zatoki Puckiej inżynier wydał opinię: port będzie tu zamulany, a Półwysep Helski przerwany. Ponadto sama zatoka często zamarzała. Kolejna destynacja – Rewa – nie miała połączenia kolejowego. Podobnie Hel, który nie miał nawet bitej drogi. Inżynier Wenda pojechał wreszcie do Tczewa, gdzie lada dzień miała otworzyć się Szkoła Morska. Zaletami miasta były dogodne połączenia kolejowe i wodne z resztą kraju. Ale jak odnotował szef Wydziału Budowy Portów, trudno byłoby utrzymać Wisłę w stanie żeglownym dla dużych statków, zimą rzeka zamarzała, a budowa kanału do morza lub Gdańska byłaby kosztowna. Zresztą jak już było wiadomo, Gdańsk miłością do Polski w owym czasie nie pałał.
W końcu Wenda dotarł do kaszubskiej wioski Gdynia, która od początku wieku rozwijała się jako letnisko i przyciągała spragnionych słońca i morza Polaków. Wspiął się na Kamienną Górę, z której rozpościerała się panorama na całą Zatokę Gdańską. Stamtąd podjechał na drugą stronę doliny i tym razem wdrapał się na Kępę Oksywską, by z niej rzucić okiem na wioskę.
- Tu będzie miejsce najlepsze – zawyrokował stojąc pod kościołem św. Michała Archanioła.
Laboratorium Gdynia
Wniosek inżyniera Wendy o budowę portu w liczącej 1200 mieszkańców wsi wywołał w kraju długie dyskusje, konferencje i narady. Dopiero poparcie zagranicznych ekspertów, do których zwrócono się o opinię, przyspieszyło akceptację. Za Gdynią przemawiało dogodne położenie geograficzne i hydrograficzne – głęboka woda, dobry grunt do kotwiczenia, chroniąca przed wysoką falą kosa Półwyspu Helskiego, a przed wiatrami od lądu - pasmo wzgórz morenowych. Wreszcie, 2 km od wybrzeża była stacja kolejowa Gdynia, a granica z Niemcami dość odległa.
I choć Tadeusz Wenda wystartował z pracami już w maju 1921 roku, to przez pierwsze lata roboty wlekły się jak parowóz - przez brak funduszy na materiały i pensje dla robotników czy problemy z wywłaszczaniem terenów pod budowę, których przywiązani do ojcowizny Kaszubi nie chcieli się pozbywać. Do kwietnia 1923 roku udało się zbudować oparty na drewnianej konstrukcji Tymczasowy Port Wojenny i prowizoryczne Schronisko dla Rybaków. Jednocześnie inżynier projektował port właściwy o zdolności przeładunkowej 6 mln ton.
Pracom przyglądał się z zapartym tchem Stefan Żeromski, który porzucił wielkomiejskie życie w stolicy i zamieszkał w Orłowie. „Jasnożółte przęsła grobli portowej werznęły się w samoistny, samowładny i jednobarwny przestwór morza na sześćset metrów od brzegu. Poprzeczne ramię, na setkę metrów w poprzek, a w kierunku Kępy Oksywia, zagrodziło zatokę. Miedzy pale sosnowe łamacza fali, zabite w dno głębokie żelaznymi kafarami, wwaliły się istne góry głazów. Tysiace beczek cementu skują kiedyś te głazy w jeden wał ostoi, niedostępny i niezdobyty dla najszaleńszej burzy. Tak to wdziera się, wtłacza i zachodzi w niczyją, bezpańską zatokę pierwszy port Rzeczypospolitej.” – napisał w wydanej w 1922 roku książce „Wiatr od morza”. Ale dopiero nowemu ministrowi przemysłu i handlu, Eugeniuszowi Kwiatkowskiemu udało się w 1926 roku odkręcić kurek z pieniędzmi i wreszcie budowa nabrała wiatru w żagle.
Wraz z portem rosły nowoczesne miejskie kamienice, stawiane w międzynarodowym nurcie modernizmu. Do Gdyni ściągali Polacy ze wszystkich stron kraju - robotnicy i inwestorzy, marynarze i wojskowi, turyści i emigranci, urzędnicy i pracownicy sezonowi. Wielu zaczynało tu zupełnie nowe życie, jak już kilka lat wcześniej Żeromski.
10 lutego 1926 roku (w szóstą rocznicę zaślubin z morzem) Rada Ministrów wydała rozporządzenie, zgodnie z którym 4 marca tego roku Gdynia otrzymała prawa miejskie.
„Polska jej nie odziedziczyła, tylko tworzyła ją od podstaw własnymi rękami, a wiele problemów miała tu szansę załatwić inaczej niż do tej pory (…) przezwyciężyć różnice między zaborami, pokonać zacofanie, uciec od narodowych przywar, od wiejskiej nędzy i wielkomiejskiego bezrobocia, zostawić w tyle waśnie etniczne i konflikty klasowe, uniknąć urbanistycznych błędów i historycznych ograniczeń krępujących rozwój innych miast. (…) Tu, niczym w laboratorium, mogła powstać nieobciążona żadną złą ani dobrą tradycją nowoczesna polska miejskość oraz morska polskość.” – pisze w książce „Gdynia obiecana. Miasto, modernizm, modernizacja 1920-1939” Grzegorz Piątek.
Nie wszystko się udało, cudów nie ma, ale faktem jest, że skromna rybacka osada przeobraziła się w nowoczesne, tętniące życiem miasto, które w momencie zakończenia budowy portu w 1938 roku liczyło już 120 tys. mieszkańców. 10 razy więcej niż 18 lat wcześniej.
A dziś, około 240-tysięczna Gdynia świętuje setne urodziny. 1000 lat, Gdynio!