Marek Krześniak: Jak jest w nowym Domu Sąsiedzkim Fundacji NOVA?
Joanna Woźniczka-Sulka, prezes fundacji: Jest bardzo dobrze.
Joanna Leszczyńska, animatorka społeczna i koordynatorka Domu Sąsiedzkiego: Bardzo dobrze, przyjemnie... i żywo.
Jak długo tu działacie?
J.L.: Od grudnia.
To już można coś więcej powiedzieć, choćby czy jest ciepło, czy zimno, bo spotykamy się w te mrozy...
J.W-S.: Pierwsze problemy już rozwiązałyśmy, coś na początku nie działało z kaloryferami, ale to już zrobione. Jakieś drobne sprawy jeszcze się pojawiają, bo to jest nowy budynek i on żyje [oczywiście sam budynek jest bardzo stary, ale w ramach rewitalizacji przeszedł tak gruntowny remont, że wewnątrz wszystko, łącznie z rozkładem pomieszczeń i ich funkcjami jest absolutnie nowe – przyp. red.]. Razem z Fundacją FOSA zwracamy na to uwagę i myślę, że jeszcze przez parę miesięcy takie techniczne rzeczy będą wychodziły.
Czyli wy i budynek jeszcze się wzajemnie „docieracie”?
J.W-S.: Tak. Jeszcze gdzieś nie ma lustra, to trzeba dokupić, zamontować wieszaki. To takie rzeczy, które dzień po dniu uzupełniamy.
A jakie było pierwsze wrażenie – nie na otwarciu, ale kiedy przyszłyście tu już pracować? Czułyście się dziwnie lub nieswojo?
J.L.: Wręcz przeciwnie! Poczułam, że weszliśmy w końcu do swojej siedziby i jest bardzo komfortowo. Nasze odczucia zbiegały się też z odczuciami mieszkańców, którzy byli w naszym poprzednim domu sąsiedzkim, w lokalu przy ul. Biegańskiego. Każdy, kto wchodził bardzo chwalił nowy budynek. Ludzie cieszyli się, że są nowe toalety, że jest ich więcej, bo w poprzednim miejscu była jedna. Dla nas też wielkim plusem jest to, że mamy swoją toaletę (śmiech). Naprawdę!
Budynek dzielą między siebie Fundacja NOVA, Fundacja FOSA i Rada Dzielnicy Chełm. Jak poszło dogadywanie się, kto zajmuje które pomieszczenia.
J.W-S.: Zabawne, że kiedy wszystko było na papierze, nie było jeszcze zrobionych wnętrz i oglądaliśmy projekty, to dogadywaliśmy się: „To będą wasze sale, to nasze”, a gdy już weszliśmy do gotowego budynku, to wszystkie ustalenia musieliśmy zmienić (śmiech).
J.L.: Nikt nie jest w tym miejscu, gdzie pierwotnie było planowane. Chyba tylko Klub Seniora, jest tam, gdzie wcześniej zakładaliśmy.
Trudno było się pozamieniać na sale?
J.W-S.: Nie. Bez problemu.
Gdzie więc w Centrum Aktywności Lokalnej Chełm przy ul. Styp-Rekowskiego 16 szukać pomieszczeń Fundacji NOVA?
J.L.: Zaraz po wejściu idziemy prosto, mijamy schody i po prawej stronie siedzimy ja i Jola, czyli animatorki społeczne Domu Sąsiedzkiego Chełm. Po lewej stronie mamy biura, jest tam Asia, czyli prezeska fundacji i wiceprezeska Patrycja Wasilewska, jeden pracownik i jedna wolontariuszka z Europejskiego Korpusu Solidarności.
J.W-S.: Już od kilku lat przyjmujemy wolontariuszy z zagranicy. Przyjeżdżają do nas długoterminowo, na około 10 miesięcy, by wspierać działania domu sąsiedzkiego. Prowadzą różnego rodzaju zajęcia, ale też pomagają nam w codziennej administracyjnej pracy biurowej. Mieliśmy już wolontariuszki z Turcji i Francji, teraz jest Wiktoria z Ukrainy. Pomagała nam w przeprowadzce, obecnie prowadzi angielski dla dzieci.
J.L.: Plastyka po angielsku jest dla dzieci od 7. roku życia. Mamy też angielski dla dzieci 10+ i od lutego zaczęliśmy Speaking Club, czyli konwersacje po angielsku dla dorosłych.
Czy dzięki temu, że macie nowe pomieszczenia i więcej sal, można było zorganizować zajęcia, których prowadzenie do tej pory nie było możliwe?
J.L.: Przede wszystkim mamy salę gimnastyczną i organizujemy tu zajęcia, które w poprzednim budynku robiliśmy w maksymalnie okrojonej wersji, w małej salce zdecydowanie nieprzystosowanej do ćwiczeń. Teraz takich zajęć mamy o wiele więcej i odbywają się w komfortowych warunkach. Jednocześnie nie rezygnujemy z zajęć plenerowych, które prowadziliśmy na placu Styp-Rekowskiego. Na wiosnę wracamy na świeże powietrze, gdyż liczba chętnych jest tak duża, że i tak nie jesteśmy w stanie wszystkich zmieścić w sali gimnastycznej, bo na plac przychodzi nawet ponad 40 osób.
Jeżeli chodzi o zajęcia warsztatowe, to robimy mniej więcej te same, co wcześniej, ale powiększyła nam się przestrzeń i dzięki temu możemy zapraszać więcej osób.
J.W-S.: Komfort pracy jest bez porównania większy.
J.L.: Mamy też gdzie trzymać materiały i mamy do nich łatwy dostęp. Wcześniej musiały być gdzieś pochowane. Zerkam teraz przez szybę i widzę, że właśnie rozpoczynają się pierwsze zajęcia z brydża. W poprzednim lokalu nie byliśmy w stanie ich zorganizować, bo nie mieliśmy ani odpowiednich stołów ani dość przestrzeni. Myślę, że zaczną się tu tworzyć kolejne grupy nieformalne. Na razie są trzy: Klub Seniora – Kawiarenka Literacka, Klub Brydżowy oraz Ciasteczkowy Klub Osiedlowy. Ten ostatni też nie mógłby działać w poprzednim lokalu, gdyż nie mieliśmy zaplecza kuchennego. A w tym roku w ferie już było pierwsze spotkanie, dziewczyny piekły ciastka i rozdawały je przechodniom z okna, ale też wychodziły z tackami do mieszkańców i lokalnych przedsiębiorców.
J.W-S.: Niewątpliwym plusem tego miejsca jest lokalizacja w sercu dzielnicy, w centrum, gdzie wiele osób przechodzi, więc w naturalny sposób udaje nam się do nich docierać.
J.L.: Dużo widać z okien i przez okna. Ludzie zaglądają. Podczas jednych z pierwszych warsztatów w grudniu, kiedy robiliśmy ozdoby świąteczne, ludzie pukali w szyby i pytali co robimy. Tak samo widać, że na sali gimnastycznej odbywają się zajęcia. Dzięki temu wiele osób przychodzi do nas z ulicy. Na ten moment – a przypominam, że działamy tu dopiero dwa miesiące – mamy już ponad sto osób, które pierwszy raz usłyszały o domu sąsiedzkim, choć wcześniej przy ul. Biegańskiego byliśmy przez wiele lat i mieliśmy bardzo dużą frekwencję. Teraz uczestników jest jeszcze więcej, a każdy kto przyszedł choć raz, potem pisze i dzwoni, pytając na co jeszcze może się zapisać.
A na co można się zapisywać?
J.L.: Są zajęcia sportowe, czyli joga na krzesłach, joga na matach, mobility, od marca zaczynamy znowu gimnastykę w plenerze, zajęcia z rękodzieła: filcowanie, tworzenie kartek okolicznościowych, dzierganie, warsztaty wnętrzarskie z architektką wnętrz, brydż, zajęcia kreatywno-literackie dla rodzin z dziećmi, bo mamy też sporo zajęć rodzinnych, czyli takich, które nie są przeznaczone dla dorosłych lub tylko dla dzieci, ale staramy się, aby całe rodziny do nas przychodziły.
Muszę jednak od razu wspomnieć, że jakiekolwiek zajęcia ogłosimy, miejsca rozchodzą się natychmiast, czasami naprawdę w kilka minut. Jak ostatnio powiesiłam kartkę, że mamy zajęcia z gimnastyki umysłu (śmiejemy się, że to zajęcia cyrkowe, bo są połączone z żonglowaniem i nie tylko), to już zapisało się 45 osób do trzech grup. Kiedy ogłaszamy w internecie informacje o zajęciach, to robimy taki bufor, że na część miejsc można się rejestrować wyłącznie osobiście, bo nie chcemy, żeby osoby wykluczone cyfrowo nie mogły się zapisać. Musimy tak robić, bo jest bardzo wielu seniorów, którzy nie zapiszą się przez internet. I właśnie a propos internetu – mamy też zajęcia z bezpieczeństwa cyfrowego. Mieliśmy pełną grupę, a już drugie tyle zapisało się na listę rezerwową. Na szczęście dostaliśmy dotację na zajęcia dla seniorów, więc możemy utworzyć drugą grupę i nawet nie muszę tego ogłaszać, bo już wszystkie miejsca są zajęte.
Wiem, że z darmowymi zajęciami bywa tak, że ludzie zapisują się, a potem po prostu nie przychodzą. Czy wy też macie ten problem?
J.L.: Od początku działania domu sąsiedzkiego mamy wypracowany system: każdy kto się zapisuje podaje numer telefonu. Potem wysyłamy SMS-y z przypomnieniem o zajęciach i prośbą o potwierdzenie bądź odwołanie obecności. I kiedy ktoś nie odpisuje, my po prostu do niego dzwonimy. Oczywiście spędzamy bardzo dużą część dnia z telefonem w ręku, pisząc i dzwoniąc do ludzi, ale dzięki temu frekwencja jest zawsze. Jeśli ktoś nie może, to przychodzą ludzie z listy rezerwowej, bo taka powstaje na każde zajęcia. Są oczywiście takie sytuacje jak sezon grypowy, kiedy ludzi jest mniej, bo nawet osoby z listy rezerwowej nie mogą przyjść, ale to są naprawdę pojedyncze przypadki.
J.W-S.: Sukcesem naszego domu sąsiedzkiego jest też to, że my znamy naszych uczestników i oni znają nas. I kiedy ktoś się nie pojawi i nas o tym nie poinformuje, to potem jest mu zwyczajnie wstyd, bo przecież my się znamy, wiemy kto to jest. Więc zwykła ludzka odpowiedzialność skłania uczestników, by wcześniej dać znać o absencji. To już jest wspólnota lokalna.
No właśnie – wspólnota lokalna. Czy są obostrzenia dotyczące tego, kto może się zapisywać na zajęcia? Czy każdy może tu przyjść?
J.L.: Zawsze piszemy – i na naszej rozpisce tygodniowej na drzwiach, i na naszym Facebooku, i na stronie internetowej – że bezpłatne zajęcia są skierowane do mieszkańców dzielnicy Chełm. Nie wypraszam kogoś, kto przyjdzie z innej dzielnicy, ale pierwszeństwo w zapisach zawsze mają mieszkańcy. Zdarza się, że zadzwonią do nas osoby z innych dzielnic i zapytają, czy mogą przyjść. Wtedy zapisujemy je na listę rezerwową i zadzwonimy, jeśli ktoś zrezygnuje. Wzięło się to stąd, że na Biegańskiego, były takie sytuacje, kiedy przyjeżdżały do nas całe grupy z innych dzielnic i przez to nie było miejsca dla mieszkańców Chełma, którzy potem mieli duże pretensje do nas, pojawiały się zarzuty, że zapisujemy swoich znajomych i nie ma żadnych rygorów. Dlatego wprowadziliśmy tę zasadę, że warsztaty są dla mieszkańców Dzielnicy Chełm, informujemy o niej zawsze i to działa. Dzięki temu wiele osób sobie chwali, że w końcu mogą się zapisać na zajęcia.
J.W-S.: Czasami tworzą się nieformalne grupy, gdzie jest jedna czy dwie osoby stąd i do nich dołączają znajomi z innych dzielnic. Ale oni już sami się organizują i my w to nie ingerujemy.
To wyjaśnijcie mi jeszcze różnicę między grupami formalnymi i nieformalnymi. Formalne są na zajęciach, które wy prowadzicie, a nieformalne organizują się same?
J.W-S.: Można tak to określić.
J.L.: Tak, grupy nieformalne to te, które same się zawiązują...
Czyli przychodzi ktoś i mówi: „Mam pomysł, że chcemy się tu spotykać”?
J.W-S.: Dokładnie tak to wygląda.
J.L.: Jednak wtedy zaznaczamy, że zajęcia mają być otwarte dla mieszkańców Dzielnicy Chełm. Tłumaczę, że jeśli to mają być zajęcia dla wszystkich mieszkańców Gdańska, to zapraszam do Centrum Dolna Brama, bo właśnie od tego jest.
Zajęcia muszą być otwarte? Nie mogę po prostu zaprosić swoich dziesięciu kolegów?
J.L.: Tak. Na ten moment staram się, aby tak było. Zobaczę, jak to wyjdzie. Miałam chyba cztery zgłoszenia z innych dzielnic od ludzi, którzy chcieli tu tworzyć grupy nieformalne i musiałam ich skierować do ich domów sąsiedzkich, bo nie mielibyśmy na to ani czasu, ani przestrzeni, bo po pierwsze mamy swoją pracę biurową, którą też trzeba wykonać, a po drugie tu cały czas coś się dzieje: od dzieci po seniorów, od rana do wieczora, bo zajęcia są do godz. 19. No i po trzecie, nie o to chodzi, żeby Centrum Aktywności Lokalnej Chełm zbierało ludzi z wszystkich dzielnic Gdańska.
Czy biorąc pod uwagę, jak duże jest zainteresowanie zajęciami, gdyby Dom Sąsiedzki Chełm działał jeszcze dłużej, pewnie też nie zabrakłoby chętnych?
J.L.: Tak, z pewnością, ale potrzebowalibyśmy dodatkowego pracownika, który byłby w tych godzinach, kiedy my nie możemy – bo przecież my też mamy rodziny i dzieci, i spędzamy też czas w domu (śmiech). Gdyby było więcej zajęć, ludzie by przyszli bez dwóch zdań. Dziś mamy pierwsze spotkanie brydżowe. Jeszcze się nie zaczęło, a uczestnicy już pytają, ile razy w tygodniu mogą przychodzić. To było ich pierwsze pytanie! A mogą przychodzić raz w tygodniu, bo w pozostałe dni sala jest po prostu zajęta.
Czy w tym roku pojawiły się nowe zajęcia. Wiemy już, że brydż.
J.L.: Brydż, joga na matach, mobility...
Drugi raz pada ta nazwa, więc dopytam: Co to jest mobility?
J.L.: Zajęcia ruchowe. Trochę stretching, trochę joga. Z nowości mieliśmy też warsztaty walentynkowe dla mężczyzn. Panowie robili prezenty dla pań.
Jakie są jeszcze zmiany?
J.L.: Na pewno zajęć jest więcej. Na Biegańskiego jogę na krzesłach mieliśmy raz w tygodniu, a teraz jest pięć razy, bo po pierwsze jest przestrzeń, a po drugie organizacja, która z nami współpracuje, dostała na to dofinansowanie. I to warto podkreślić, że dzięki temu, że mamy ten lokal i mamy więcej niż jedno pomieszczenie, to inne organizacje pozarządowe mogą pisać projekty, do których angażują mieszkańców dzielnicy Chełm. I tak w tym roku z dwiema organizacjami pozarządowymi wspólnie pisaliśmy wnioski do Wydziału Rozwoju Społecznego i oba wnioski dostały dofinansowania. Jednym z projektów jest joga na krzesłach. Mamy aż pięć grup i wszystkie są zapełnione – nie ma wolnego miejsca. Drugie zajęcia to gimnastyka umysłu. To będą zajęcia: rodzinne, dla klas szkolnych oraz dla seniorów. Dosyć dużo, ale jest to możliwe dzięki temu, że mamy ten lokal i więcej pomieszczeń.
A dla was to chyba też dużo więcej pracy.
J.L.: Sto razy więcej pracy!
J.S-W.: Trzeba lubić swoją pracę i wtedy można działać.
J.L.: Ja mówię, że to jest praca, która wymaga ode mnie dużo energii, ale też mnóstwo energii mi daje. Wczoraj było u nas jak na dworcu: było tyle osób, które chciały się na coś zapisać, przyszły na jogę itd. Musiałam wziąć komputer do domu, żeby zrobić to, co miałam do zrobienia, bo tu było tylu interesantów, że nie byłam w stanie. Jednak bardzo się cieszę, że przychodzą ludzie, którzy dotąd nie wychodzili z domu, wcześniej tu nie byli, nie brali udziału w zajęciach i są pierwszy raz u nas. Świetnie, że to się dzieje, bo po to ta przeprowadzka była!
Czy wyklarowali się już liderzy lokalnej społeczności, którzy przychodzą codziennie na wszystkie zajęcia?
J.W-S.: Od lat takich mamy. My przyszliśmy tu już razem z nimi.
J.L: To są liderzy, którzy biorą udział m.in. w Gdańskich Funduszach Sąsiedzkich. Przez te lata napisaliśmy wspólnie kilka wniosków, np. sadziliśmy kwiatki z sąsiadami z bloku. Zrobiliśmy to kilka lat temu, potem to powtarzaliśmy, a w końcu powstał z tego duży projekt dofinansowany z WRS – „Ogródkowe rewolucje”, gdzie sadziliśmy kwiaty, krzewy i drzewa w ogrodzie szkolnym i czterech ogródkach sąsiedzkich. Zaangażowane było w to kilkadziesiąt osób, w tym dzieci ze szkoły i właściciele ogródków – cała dzielnica była dzięki temu ożywiona. To pokazuje, że z małych projektów tworzą się duże przedsięwzięcia, m.in. dzięki liderom społecznym. I tutaj, w nowej lokalizacji, pewnie pojawią się też nowi, jak pan Andrzej, który nie przychodził do nas na Biegańskiego, gdyż tam nie mieliśmy brydża, a jak tylko zapytałam, czy jest chętny, by tu prowadzić takie zajęcia, zgodził się od razu. A teraz jedzie z nami na Litwę.
Na Litwę?
J.W-S.: Uzupełnieniem naszych działań lokalnych są też działania międzynarodowe w ramach programu Erasmus i projektów erasmusowych, które my realizujemy. Nasze wyjazdy mają charakter edukacyjny. Zabieramy naszych uczestników w różne miejsca za granicę, np. teraz organizujemy wyjazd na Litwę. Będzie to spotkanie z tamtejszym uniwersytetem trzeciego wieku. Ogólnie podczas takich wyjazdów organizacje, które pracują lokalnie dzielą się z nami swoim doświadczeniem i przygotowują dla naszych uczestników warsztaty, nie tylko edukacyjne, ale też kulturalne. Uczymy się więc nawzajem. Jesteśmy w systemie Erasmus już kilka lat i do nas też przyjeżdżają grupy, dla których robimy spotkania w naszym domu sąsiedzkim.
Gdy my jedziemy, to zwykle na około 5 dni. Byliśmy już z naszymi grupami, głównie seniorami, w Norwegii, Portugalii czy Hiszpanii. Dodatkowo to także super okazja do zintegrowania naszej społeczności lokalnej, bo po takim wyjeździe ludzie częściej się spotykają, gdyż już się poznali, spędzili razem trochę czasu i potworzyli własne grupy.
J.L.: Bywa, że sąsiedzi z jednego bloku, którzy znają się od 30 lat, jedynie na „dzień dobry”, po takim wyjeździe zaczynają razem chodzić na siłownię czy do sklepu. Nie byłoby tego, gdyby nie jeden wspólny wyjazd. Była też pani, która przychodziła wyłącznie na zajęcia plenerowe. Po takiej wycieczce przekonała się, aby przychodzić też do domu sąsiedzkiego. Szybko stwierdziła, że odżyła, poznała sąsiadów i teraz spędza tu z nimi czas. To są takie małe rzeczy, które niektórym zmieniają życie.
J.S-W.: Przy tych wyjazdach my jesteśmy liderem projektu, ale współpracujemy z innym domami sąsiedzkimi, np. z Inkubatorem Sąsiedzkiej Energii z Dolnego Miasta i Klub Sąsiedzki Cafe Albert z Wrzeszcza i od nich też zabieramy grupy. Dzięki temu uczestnicy wiedzą też, co się dzieje w innych domach sąsiedzkich, jak one funkcjonują. Potem się nawzajem odwiedzają. To jest ogromna wartość.
Jakie są wyzwania przed wami?
J.S-W.: Jeszcze się mierzymy z budynkiem i z tym, co, gdzie i jak powinno funkcjonować. Cały czas robimy też jakieś przemeblowania, choćby zmieniamy lokalizację koszy – wcześniej były tam, teraz są tu.
J.L.: Wyzwaniem jest jeszcze to, że nie wszyscy rozumieją, jak szybko rozchodzą się miejsca na zajęcia. Ja się tym strasznie stresuję. Ściska mi żołądek, kiedy widzę na Facebooku, że ktoś się nie zapisał na zajęcia i pisze: „Co to za oszustwo?”, albo gdy ktoś osobiście przychodzi krzycząc, że nie może się zapisać na żadne zajęcia. A w momencie, kiedy pytam taką osobę, czy kiedykolwiek zapisała się na listę rezerwową, odpowiada, że nie, bo nie wiedziała. Wtedy pokazuję, że pod każdym postem, POD KAŻDYM, jest informacja o zapisach na listę rezerwową. Wtedy jest wielkie zdziwienie. Czasami zdarza się „przepraszam”, a czasami nie. Mnie to bardzo stresuje, że ludzie mają pretensje o rzeczy, na które nie mam wpływu. Wczoraj też zdarzyła się sytuacja, że pani nie zgodziła na robienie zdjęć podczas zajęć. Starałam się wytłumaczyć, że dokumentacja fotograficzna to nasz obowiązek i jest potwierdzeniem listy obecności.
J.S-W.: Nie wszyscy rozumieją, że choć zajęcia są dla nich bezpłatne, to my musimy to udokumentować i pokazać naszym donatorom, że te zajęcia się naprawdę odbyły.
J.L.: Ale zawsze się zdarzy ktoś, kto ma o coś pretensje. Ostatnio zadzwoniła pani z zarzutami, że nie robimy spotkań z ciekawymi ludźmi. Odparłam, że bardzo chętnie je zorganizujemy, jeżeli zgłoszą się ciekawe osoby. Jednak od razu po tym telefonie zadzwoniłam do biblioteki – bo oni bardzo dużo takich spotkań robią – i zapytałam, jaki jest koszt. Okazuje się, że to wydatki zaczynające się od 1500 zł. Dla nas to nierealne. Nie jesteśmy w stanie zapłacić tyle za spotkanie z ciekawym człowiekiem.
J.S-W: Innym wyzwaniem jest to, że przy okazji otwarcia Centrum Aktywności Lokalnej Chełm, było o tym dużo informacji w mediach, a w ślad za nimi zaczęło się do nas zgłaszać wiele osób, które chciały prowadzić zajęcia i skorzystać z tej przestrzeni, ale w komercyjny sposób. To ludzie, którzy nie rozumieją idei domu sąsiedzkiego, chcieliby prowadzić zajęcia, za które my lub uczestnicy mieliby im płacić.
J.L.: Na szczęście było też wiele zgłoszeń od osób, firm i organizacji, które chcą zrobić coś za darmo i wesprzeć mieszkańców.
Czy zapomniałem o coś zapytać?
J.L.: Myślę, że wszystko opowiedziałyśmy,
J.S-W.: Wszystko jest super, jesteśmy bardzo zadowolone, fajnie, że nam się udało...
Łubu-dubu?
(ogólny wybuch śmiechu)
J.S-W.: Może nie „Łubu-dubu [niech żyje prezes naszego klubu]”, jednak z perspektywy osoby zarządzającej organizacją, muszę powiedzieć, że proces przenoszenia się tutaj był dla nas ogromnym wyzwaniem. I tutaj bardzo chcę pochwalić Wydział Rozwoju Społecznego, który mocno nas wsparł – oczywiście finansowo, ale też logistycznie i administracyjnie. Musieliśmy zmienić wniosek, oni musieli zwiększyć nam dotację, ze względu na znacznie większe koszty utrzymania budynku i to wszystko poszło nam sprawnie, choć było z tym naprawdę dużo pracy.
J.L.: Ciągnęło się to długo, ale poszło gładko. Mamy też mentalne wsparcie od WRS. Kiedy z nimi rozmawiam, to sami pytają, jak sobie radzimy. Gdy dowiadują się, że przychodzi dużo ludzi, to są przeszczęśliwi razem z nami.
Będzie im miło, kiedy przeczytają, że ich doceniacie.
J.L.: My ich doceniamy i mam wrażenie, że oni nas też.
J.S-W.: Mamy od nich ogromne wsparcie i cokolwiek by się działo, to zawsze możemy na nich liczyć. I to jest super.