Marek Krześniak: Zacznijmy od... początku. Od początku Inkubatora Sąsiedzkiej Energii.
Aleksandra Płuzińska: Dokładna nazwa to Inkubator Sąsiedzkiej Energii – Dom Sąsiedzki na Dolnym Mieście, działający w ramach Stowarzyszenia Opowiadacze Historii Dolnego Miasta w Gdańsku. Z mojej perspektywy początki zapewne wyglądają inaczej niż z punktu widzenia osób, które zakładały tu dom sąsiedzki. Opowiem więc moją prywatną wersję. Jestem z Dolnego Miasta, tutaj się wychowałam, tu chodziłam do szkoły. Jestem czwartym pokoleniem mojej rodziny, które tu mieszka. Mama i jej brat zawsze interesowali się historią Dolnego Miasta, dlatego kiedy kilkanaście lat temu na lokalnym portalu zobaczyłam, że odbędzie się pierwsze spotkanie Opowiadaczy Historii Dolnego Miasta w Gdańsku, od razu zachęciłam mamę, by wzięła w nim udział, bo to świetna okazja, by spotkać podobnych pasjonatów. Powiedziałam: „Spróbuj. Zawsze możesz wyjść”. Mama zwykle przy takich propozycjach była na „nie”, ale tym razem posłuchała i poszła.
I spodobało jej się?
Tak się to rozwinęło, że grupa zaczęła się spotykać cyklicznie, choć już w mniejszym gronie. Z czasem założyli stowarzyszenie. A pewnego dnia mama wróciwszy do domu powiedziała: „Są plany, byśmy poprowadzili taki dom sąsiedzki”. Przychylne osoby z Fundacji Gdańskiej zachęciły ich, by założyć jeden z pierwszych w Gdańsku domów sąsiedzkich. A ponieważ osoby związane z Opowiadaczami Historii wyszły z różnych środowisk i miały inne zajęcia, to ten dom sąsiedzki był wówczas dla nich całkiem nowym światem. Wiem, że ciocia Ela – bo tak mówię na Elżbietę Woroniecką – i moja mama Danusia czuły trochę strachu. Jednak ja wierzyłam, że im się uda, że to będzie coś nowego, coś dla mieszkańców, ale również dla nich jako aktywnych lokalnych mieszkanek. One miały taką energię, że nie było możliwości, aby to się nie powiodło. I tak, dom sąsiedzki, który powstał z inicjatywy Fundacji Gdańskiej, szybko został przekazany Opowiadaczom Historii, którzy przejęli ten projekt. Danusia z Elą zaangażowały się i… prowadziły go przez 9 lat. A teraz robię to ja, córka Danusi, i bardzo się z tego cieszę. Uwielbiam tworzyć, wymyślać i wdrażać w życie różne fajne i dobre idee, więc to doskonała okazja, by swoją postawą zachęcać mieszkańców do aktywności.
Bardzo skrótowo potraktowałaś w tej historii siebie, ale rozumiem, że nie pojawiłaś się tu nagle?
Byłam od początku, ale jako taki dobry duszek. Przez ten czas miałam własną ścieżkę kariery, a jednocześnie energia prowadzących dom sąsiedzki była tak duża, że ja byłam tu tylko „na gościnnych występach”. Mimo tego, cały czas byłam w pobliżu i prowadziłam różne warsztaty, inicjatywy, zachęcałam innych do zaangażowania, sama również wspierałam prowadzące. Przyszedł jednak moment, że Ela poszła na emeryturę, a moja mama miała takie zdarzenie życiowe, że nie mogła dalej pracować. Pomyślałam: „Co teraz?”. W mojej głownie nie mieściło się, że mogłoby już nie być domu sąsiedzkiego. Nie wyobrażam sobie tego, przecież tu przychodzi tylu ludzi, dzieje się tyle wspaniałych rzeczy. Postanowiłam więc, że stawiam wszystko na zmianę w życiu zawodowym i teraz ja będę kolejnym pokoleniem, które będzie czynić coś fajnego i dobrego dla lokalnej społeczności.
Co więc teraz dzieje się w Domu Sąsiedzkim na Dolnym Mieście? Czy jest plan zajęć na każdy dzień tygodnia?
Jest u nas pewna sezonowość. Zimą bardzo dużo siedzimy w dokumentacji. Do końca stycznia pisałyśmy sprawozdanie roczne i różne wnioski rozliczeniowe. W tym czasie planujemy też działania na cały rok. Równolegle w styczniu odbywają się zajęcia cykliczne: we wtorki spotykają się panie, które robią prace z włóczki, np. czapki i szaliki. Te rzeczy zbieramy i wyszukujemy miejsc, gdzie ucieszą się z takich prezentów – ostatnio byłyśmy w Domu Pomocy Społecznej na Stogach, by przekazać im pledy, byłyśmy w hospicjum, byłyśmy w Fundacji Burego Misia pod Kościerzyną, obdarowałyśmy też Siostry Katarzynki z Braniewa, dom dziecka i inne organizacje. Zawsze staramy się wybrać jakieś miejsce, do którego możemy pojechać, żeby seniorki mogły wyjść do tych ludzi, poznać ich, wypić razem kawę, porozmawiać i poczuć się docenione. Chcemy, aby miały poczucie wpływu i sprawczości.
Wiem, że są u was gry planszowe.
Mamy Klub Gier Planszowych, który działa cały rok. Prezes stowarzyszenia Opowiadacze Historii, Pan Jacek Górski, jest wybitnym specjalistą i pasjonatem gier planszowych, a do tego zachęca i potrafi z łatwością wprowadzić w świat gier pozostałych uczestników rozgrywek, tłumacząc wszystkim zasad gry. To pan Jacek zajmuje się tą grupą. Jest to w miarę stała ekipa – niektóre osoby przychodzą częściej, inne rzadziej. Klub Gier Planszowych spotyka się w czwartki o godz. 17 i grają, ile mogą – czasem do godz. 20, czasem do 22, zależy jaka to gra i jak rozwinie się rozgrywka.
Patrzę na ścianę i widzę, że „Sąd Ostateczny” Hansa Memlinga zniknął z Muzeum Narodowego...
...ale odnalazł się u nas (śmiech), w formie plakatu. Uwielbiamy go. À propos muzeów – jak tylko przyjdzie wiosna, to wychodzimy z mieszkańcami na spacery po muzeach w dni otwarte. Do naszych działań całorocznych należą tez spacery z lokalnymi przewodnikami. Do tego dochodzą też rzeczy sezonowe – gdy zaczyna się wiosna, startują różne projekty, jak np. Community Future, czyli wsparcie dla dzielnic zagrożonych wykluczeniem, takich jak Nowy Port, Lipce, Krakowiec-Górki Zachodnie czy Stogi i Przeróbka. W planach mamy do sierpnia organizować tam comiesięcznie zajęcia, które ściągną sąsiadów, żeby pokazać im, jak to u nas działa, jak można nawiązywać relacje sąsiedzkie. Natomiast u nas na Dolnym Mieście robimy cykliczne zajęcia ruchowe od lutego do końca roku. Latem dochodzą też np. plenerowe zajęcia plastyczne i nie tylko.
To zajęcia dla młodszych? Starszych?
Dla wszystkich. W domu sąsiedzkim stawiamy na mieszkańców Śródmieścia, Dolnego Miasta i Olszynki, czyli naszych najbliższych sąsiadów. Jesteśmy oczywiście otwarci na wszelkie odwiedziny, nie tylko mieszkańców dzielnicy, ale i z całego miasta, a nawet kraju. Spotykamy się również podczas wizyt studyjnych. Przedstawiciele innych organizacji pozarządowych chcą, abyśmy dzielili się z nimi swoją wiedzą, co staramy się robić, działając też w ich dzielnicach w ramach pojedynczych wydarzeń czy warsztatów. W grudniu np. robiliśmy ozdoby świąteczne z mieszkańcami Górek Zachodnich, we współpracy z tamtejszą radą dzielnicy. Nie wiedziałyśmy, czy będzie duży odzew, a okazało się, że mieszkańcy tej dzielnicy czują ogromną potrzebę, aby się spotykać. Już wypytywali nas, kiedy znów będziemy.
To znaczy, że oni nie mają swojego domu sąsiedzkiego?
Nie mają. I żeby było jasne, warsztaty w innych dzielnicach robimy po godzinach pracy naszego domu sąsiedzkiego. Moim marzeniem jest natchnąć ich myślą, by sami zdobywali środki na tego typu działania, bo widać, że bardzo im tego brakuje. I w Górkach Zachodnich już po dwóch spotkaniach rada dzielnicy widząc, że to ma wzięcie, zaczęła organizować swoje warsztaty. Dostali wiatru w żagle. Sami uczestnicy też wyrażali chęć wsparcia, udostępniania miejsca czy nawet poprowadzenia zajęć. Jest to więc bardzo budujące.
Jak rozumiem, ISE Dom Sąsiedzki na Dolnym Mieście ma ofertę skierowaną do dorosłych, a dziećmi zajmuje się Mrowisko?
Tak. W naszej dzielnicy mamy taki luksus, że istnieje kilka fajnych miejsc tworzonych przez organizacje pozarządowe. Mamy Towarzystwo Profilaktyki Środowiskowej „Mrowisko”, które zajmuje się dziećmi, młodzieżą i osobami wchodzącymi w dorosłość. Mamy Fundację FOSA, która jest multizadaniowa z ofertą skierowaną do wszystkich osób. Mamy w pobliżu jeszcze dwa kluby seniora. My natomiast zajmujemy się po prostu dorosłymi mieszkańcami Dolnego Miasta i okolic. Robimy także wydarzenia plenerowe dla całych rodzin, ale nie mamy zajęć typowo dla dzieci czy młodzieży, również ze względu na przepisy i wymogi różnych ustaw. Współpracujemy ze szkołą i przedszkolem, ale wtedy dzieci mają swoich opiekunów lub przychodzą z rodzicami.
Co roku w dzielnicy organizowana jest duża impreza choinkowa i akcja Lato na Dolnym Mieście. Wy je inicjujecie?
Choinka to już tradycja, więc trudno mówić, że ją inicjujemy. Co roku wiadomo, że ta impreza choinkowa jest, ale spotkania organizacyjne odbywają się u nas. Prowadzi je – podobnie jak te dotyczące Lata na Dolnym Mieście – Ela Woroniecka, która jest koordynatorką tej inicjatywy. W ubiegłym roku pogoda trochę pokrzyżowała nam plany i było to Zakończenie Lata na Dolnym Mieście, ale za to mieliśmy więcej atrakcji, gdyż była to wspólna akcja z projektem Tramwaj do Sąsiedztwa, który myśmy mocno wspierały. Dobrze się to sprawdziło, więc chcemy to kontynuować.
Mam wrażenie, że ISE angażuje się we wszystko na Dolnym Mieście.
To dlatego, że bierzemy także udział w wydarzeniach organizowanych przez inne jednostki, np. Targi Pracy Aktywnego Seniora, Jubileusz Polski w UE, itd.
Czy możesz zdradzić, co będzie działo się w ISE w tym roku?
Projekt zadań jest na 3,5 roku, więc mamy podstawowe plany na ten okres. Jest w nich prowadzenie domu sąsiedzkiego, zajęcia cykliczne dla seniorów i dorosłych mieszkańców, zajęcia kreatywne, przeróżnie warsztaty. Na pewno będziemy kontynuować działanie nieoficjalnego punktu charytatywnego, o którym jeszcze nie wspomniałam, a jest bardzo ważnym elementem. Od kilku lat prowadzimy nieoficjalny punkt, który stanie się oficjalny, jak tylko będzie przestrzeń na to. Zaczęło się od tego, że w dzielnicy była szafa charytatywna, do której ludzie wkładali różne „przydasie”, używane rzeczy, a inni mogli to zabrać, by dać tym przedmiotom drugie życie. Ta szafa została zlikwidowana. Natomiast my mamy paletę przed naszym budynkiem i robimy wraz z mieszkańcami dokładnie to samo – wykładamy na niej różne rzeczy do zabrania. Chodzi o ducha „zero waste”. Mieszkańcy tak się do tego przyzwyczaili, że sami zaczęli przynosić nam różności. Paleta ma jednak ograniczoną powierzchnię, za dużo rzeczy się nie mieści, jednak cały czas trwa wymiana.
Czy są tacy, którzy jednocześnie coś przynoszą i zabierają?
Oczywiście. Tacy są w większości. Nasze panie seniorki są w tym mistrzyniami, bo co tydzień coś przynoszą i coś innego zabierają. Mamy też biblioteczkę, z której można adoptować książkę. Nie trzeba wypożyczać.
Adoptować, to takie ładne określenie, żeby ją po prostu wziąć?
Tak. Bo wiele osób, które tu przychodzi, jest na tyle skromna, że jeśli powiemy: „Proszę wziąć sobie książkę”, to odpowiedzą: „Nie, ja niczego nie chcę. Ja nic nie biorę”. Ale jak powiemy: „Może pan/i adoptować tę książkę, bo ona na to czeka”, to książka „idzie” z tą osobą do domu. Biblioteczka cieszy się popularnością. Ludzie biorą kilka książek i czytają w domu. Mija jakiś czas, przynoszą je z powrotem i wymieniają na nowe.
Nie ma terminu oddania – to wygodne. Rozumiem, że jak ktoś się zachwyci książką, to może ją sobie zostawić?
I nie musi się czuć winny (śmiech). Przychodzą do nas mieszkańcy, ale że jesteśmy w atrakcyjnym miejscu: obok nas jest hotel i Opływ Motławy, więc jest tu bardzo dużo przyjezdnych, spacerowiczów, turystów. W weekendy jest mnóstwo ludzi przez cały rok, bo to świetne miejsce do spacerów – przepiękne niezależnie od pory roku.
I turyści też do was przychodzą?
Sami nie. Ja wychodzę po nich (śmiech). Mam ten luksus, że widzę przez okno, gdy ktoś tu zagląda przez szybę. A ja jestem takim „zwierzęciem społecznym” i tak bardzo lubię to miejsce, że po prostu wychodzę do ludzi i ich zapraszam do zapoznania się z naszą ofertą. Opowiadam o miejscu, w którym jesteśmy, wręczam przewodniki w formie rozszerzonej ulotki i opowiadam o naszej działalności, bo dla ludzi z innych regionów to nowość. W Gdańsku mamy luksus, że jest tyle domów sąsiedzkich. W innych miastach Polski to wcale nie jest takie oczywiste. Dlatego warto ludzi uświadamiać, że takie miejsca są i warto je zakładać i działać na rzecz mieszkańców i wspólnie z nimi.
Czy zdarzył się już turysta, który tu powrócił po roku czy dwóch?
Ale oczywiście, że tak! Nie tylko turyści. Kiedy oprowadzamy wizyty studyjne, to potem ich uczestnicy przyjeżdżają w czasie prywatnym do Gdańska i tu zaglądają. Jest też jeden pan ze Szwecji, którego zaprosiłam do nas, gdy zaglądał do okna. Zaczęliśmy rozmawiać i tak mu się spodobało, że teraz, kiedy co roku przyjeżdża do hotelu obok, to za każdym razem przychodzi do nas na kawę. To bardzo miłe.
Niedawno mieliście tu spotkanie dla aspirujących pisarzy.
To są zajęcia cykliczne, które prowadzi specjalistka od literatury, Dorota. Co miesiąc jest inny temat. Ostatnio było chyba o tworzeniu bohatera w literaturze. To bardzo ciekawe warsztaty. Osoby, które się na nich spotykają, pragną coś robić w kierunku kariery pisarskiej. Chcieliśmy, aby miały profesjonalne wsparcie. Dorota współpracuje z wieloma wydawnictwami, więc mamy z tym związane pewne plany. Warto dołączyć. Kilka osób jest w grupie na stałe i kilka, które przychodzą, gdy zainteresuje je temat konkretnych zajęć.
Widzę, że sale tutaj nie są duże.
Mamy tylko jedną przestrzeń warsztatową, która pomieści maksymalnie 15 osób siedzących. W warsztatach może brać udział do 12 uczestników. Przestrzeń jest ograniczona ze względu na koszty i na to, że jesteśmy na wynajmie komercyjnym.
Czy zdarzało się, że trzeba było komuś odmówić udziału w zajęciach?
Od zeszłego roku zaczęliśmy wystawiać bilety przez Evenea, więc łatwiej jest skontaktować się z uczestnikami i potwierdzić, że przyjdą.
To darmowe bilety?
Tak, darmowe. Nie trzeba ich drukować. Wystarczy „kliknąć” i system zasysa dane uczestnika, a ja mogę potem do takiej osoby zadzwonić. Widzę też wiek zapisanych. To pomaga nam w statystykach, bo możemy te informacje ująć w sprawozdaniu rocznym.
W sytuacji, kiedy widzimy, że jakieś warsztaty mają bardzo duże wzięcie, to po prostu robimy dogrywkę, czyli organizujemy kolejną grupę. Niestety częściej zdarza się, że ktoś nie przyjdzie. Te warsztaty są darmowe, a w tych czasach jak coś jest darmowe, to wydaje się, że nie ma żadnej wartości.
Ludzie zapisują się i nie przychodzą?
Są warsztaty, na które jest wielki szał, 30 osób chce się zapisać. Liczy się kolejność – kto pierwszy ten lepszy. Dzwonimy do tych osób, by upewnić się, że przyjdą i ewentualnie zaprosić tych z listy rezerwowej, ale słyszymy: „Tak, tak będę”. A potem ludzie nie przychodzą.
Mam taki pomysł: zapisanie się kosztuje 10 zł, a jak ktoś przyjdzie na zajęcia, to otrzymuje tę kwotę z powrotem. Jak nie przyjdzie, to wpisowe przepada za blokowanie miejsca.
Nie możemy tak zrobić, gdyż nie wolno nam pobierać pieniędzy, nawet jeśli miałabym je zwracać. Przepisy są przepisami, tego się ściśle trzymamy.
Rozumiem, że w takim razie, nawet jeśli nie ma miejsc na warsztaty, to warto zajrzeć, bo być może ktoś nie przyszedł?
Tak, jest duże prawdopodobieństwo, że miejsce jednak będzie. Co ciekawe, podczas projektów w innych dzielnicach, gdzie nie ma domów sąsiedzkich, ten problem nie istnieje. W Górkach Zachodnich-Krakowcu ludzie mają tak silną potrzebę, by wyjść z domu na warsztaty, że nie dość, że było mnóstwo chętnych podczas zapisów, to potem wszyscy przyszli. Zauważyłam jeszcze jedno: tam ludzie znają się przynajmniej z widzenia, więc czują większą odpowiedzialność. Zupełnie inaczej niż tu, gdzie mamy do czynienia z nowymi mieszkańcami, którzy są bardziej anonimowi.
Wspomniałaś o tym, że te pomieszczenia Domu Sąsiedzkiego ISE są wynajmowane. Zapewne z wytęsknieniem czekacie na Centrum Aktywności Lokalnej, które powstanie po rewitalizacji przy ul. Reduta Dzik?
Tak, czekamy. Mam związane z tym nadzieje i obawy.
Najpierw zapytam więc o nadzieje.
Czekamy na dom, który będzie gruntownie i kompleksowo wyremontowany. Mamy wielkie nadzieje, ponieważ jego metraż będzie sporo większy niż to, co mamy tutaj. Będziemy w związku z tym mogły rozszerzyć ofertę warsztatową, usprawnić pracę biura i naszych wolontariuszy. Mamy nadzieję, że w nowym miejscu będą też nowi odbiorcy, blisko jest Olszynka i szkoła, wiele osób tam się porusza, a to daje nadzieję na kolejnych uczestników naszych zajęć.
Czyli, ci którzy was znają, pójdą za wami, a dojdą nowi, którzy tu nie przychodzili?
Tak. Obok powstanie też nowe osiedle, więc w dalszej perspektywie pojawią się też nowi mieszkańcy. Blisko są budynki po rewitalizacji i przestrzenie z „Podwórek Sąsiedzkiej Energii”. Znamy tamtejszych mieszkańców, którzy teraz do nas nie przychodzą, bo jest im za daleko. Obok jest Mrowisko, z którym współpracujemy. Cieszymy się też, że będzie tam ogródek, w którym będziemy mogli prowadzić zajęcia na zewnątrz. Bardzo blisko jest Opływ Motławy.
Tu też jest blisko...
Ale tam będziemy bezpośrednio wychodzić na teren zielony, nie będzie żadnej jezdni, więc oferta ćwiczeń czy spacerów będzie bardziej bezpieczna. Z naszych rozmów z deweloperem wynika też, że obok ma powstać ogólnodostępne miejsce wypoczynku dla dorosłych.
A jakie macie obawy?
Ten „nasz” budynek jest jako trzeci od ulicy i nie jest z niej widoczny. Tu mamy okno, przez które widzę przechodzących i mogę ich zapraszać. Tam nie będzie takiej możliwości, więc nikt nie trafi tam spontanicznie. Druga obawa, to czy odbiorcy z niepełnosprawnościami dotrą do tego miejsca, ponieważ po drodze jest kilka barier do pokonania: krawężniki, chodniki, nie ma zbyt wielu miejsc parkingowych. Mamy obawy, czy w ogóle będzie dojazd do naszego domu sąsiedzkiego samochodem. Tutaj osoby z niepełnosprawnościami poruszające się na wózkach często są dowożone specjalnym autem. Podobnie, kiedy dowozimy rzeczy na warsztaty. Pytanie, czy będziemy mogły podjechać samochodem pod sam dom. Wiem, że budynek w środku będzie dostosowany, ale czy będzie odpowiednia infrastruktura dojazdowa?
Tu mogę uspokoić, bo zaplanowane jest zbudowanie nowej drogi wewnętrznej.
Myślę też, że zmieni się trochę charakter miejsca, bo jak nie będę mogła zachęcić mieszkańców do odwiedzin, to trzeba będzie wystawić jakiś potykacz. Tylko że tam nie ma ani sklepów, ani kościoła, ani innego punktu generującego ruch. Zwykle to osoby idące na działkę na Olszynkę, ewentualnie do szkoły.
A ludzie spacerujący po Opływie Motławy? Nie zobaczą was, bo będą oddzieleni terenem zieleni?
Tak. Poza tym spacerujących więcej jest tutaj, bo tu są bardziej atrakcyjne tereny do rekreacji. Dlatego ściągnięcie nowych osób do domu sąsiedzkiego w nowej lokalizacji to będzie wyzwanie. Trzeba uruchomić marketing i zamiast wychodzić przed dom, pójdziemy w stronę promowania naszych działań online. Myślałyśmy też o szyldach i jakichś artystycznych znakach na ziemi, które by prowadziły do nas. O ile to zgodne z prawem.
Nie da się już zapraszać przechodniów pod domem…
Cóż, będzie mi smutno, gdyż ta otwartość to nasz model pracy. Ale będzie trzeba dopasować ofertę domu sąsiedzkiego do nowej lokalizacji. Jednak nadal, zgodnie z nazwą, będziemy Inkubatorem Sąsiedzkiej Energii - Domem Sąsiedzkim na Dolnym Mieście w Gdańsku.
To na koniec zapytam skąd wzięła się taka świetnie pasująca do was nazwa.
Pierwszym operatorem domu sąsiedzkiego była Fundacja Gdańska. Osoby z tej fundacji nadały kierunek naszych przyszłych działań na rzecz mieszkańców i nadal wspierają nas na różnych poziomach. Nazwa powstała więc z ich inicjatywy, ale myślę, że wystarczyłoby spojrzeć na Danusię i Elę, czyli osoby, które rozkręciły działanie domu sąsiedzkiego, by nazwa od razu przyszła autorowi do głowy (śmiech). My staramy się, aby nazwa Inkubator Sąsiedzkiej Energii cały czas była aktualna.